Przyziemiona rzeczywistym, pośpiesznie spieszona, śpieszyła pieszo przez przejście dla takich jak ona pieszych pośpiech.

Przebiegała, bo cierpliwość w pośpiechu zostawiła w siodle i wbrew równoległym rękonogom czerwonego anioła-dróżnika, zebrzy charakter nadepnęła nieostrożnie, bo tylko w pierwszą pieszą przed sobą patrzyła przedsięprzestrzeń.

Ślad pohamulcowy był długi i zapasowy a pisk wypiszczał głowę długo jeszcze, nieśpiesznie gasnąc.

A potem szyderczy rozkrok zielonego licha rozmachał innym, pośpiesznie spieszonym ich własne, przyszłe przedsięchwile.

Reklamy

Ochronić Jacka!

Posted: 2014/10/09 in Historałka
Tagi:

To był zwyczajny dzień, jak setki innych. Taki dzień, o którym kiepscy blogerzy piszą, zaczynając od słów: „to był zwyczajny dzień, jak setki innych”.

Wracałem z zakupów, objuczony reklamówkami ściskanymi w jednej ręce, na ręce drugiej zaś trzymając leżącego spokojnie Jacka. Jest taki kruchy i bezbronny – myślałem patrząc na niego w zadumie – taki mały i kompletnie ode mnie uzależniony. Choć w pewnym sensie pewnie też odwrotnie.
Stąpałem ciężko po schodach, powoli pnąc się na to moje drugie piętro. Zmęczony, zamyślony, nieuważny… Ciągle jeszcze drżę na myśl o tym, do czego może doprowadzić takie zwykłe rozkojarzenie.
Nie wiem nawet dokładnie kiedy to się stało. Po prostu potknąłem się. Chwila nieuwagi, może jakieś zachwianie, źle postawiona noga i – czuję, że padam! W mgnieniu oka dotarła do mnie rozdzierająca świadomość, że nieodwracalnie lecę twarzą w dół, a zaraz potem trwożliwe, przesycone grozą i wizją tego co może się stać uczucie paniki.

Potem już tylko ta jedna myśl:    OCHRONIĆ JACKA!

Przecież lecę, w drugiej ręce reklamówki, nie zdążę ich odrzucić, nawet upuścić, jedyne co mogę zrobić, to wysunąć je przed siebie, zamortyzować upadek, osłonić, ochronić Jacka!
Odruchowo wykręciłem ciało tak, by upaść na rękę niosącą zakupy. Nie był to duży skręt, nie było już na to czasu, leciałem jak kłoda. Byle tylko Jackowi nic się nie stało – myślałem – byle upaść tak, żeby go ochronić! Przecież ten upadek może skończyć się dla niego tragicznie!

Uderzyłem.

Najpierw usłyszałem łoskot zakupów, potem poczułem ból w ręce i uderzenie głową w beton…

„Spadam, powoli spadam…” – zanuciłbym, ale po pierwsze: ostatnio zobaczyłem w TV (rzadko oglądam, więc dopiero niedawno zobaczyłem) jak prezentuje się ten wokalista i jakoś odechciało mi się nucić, a po drugie, ważniejsze przecież: jedyne o czym byłem w stanie wtedy myśleć to: co z Jackiem?

 

Udało się. Mieliśmy szczęście.

To nic, że guz na czole, stłuczona ręka, rozwalony serek i pogniecione pomidory. Ważne że Jack ocalał!
Jeszcze tego samego wieczora, otworzyłem ocaloną butelkę i delektowałem się jego smakiem.

Jack Danniels.  Tennessee Whiskey.

 

 

Taki żarcik. Żeby mi nie minął okrągły rok bez wpisu.

 

Poparcie idioty.

Posted: 2013/11/25 in Obserwałka, Przemyślina
Tagi: ,

Owszem, jest kilka rzeczy gorszych, ale w moim osobistym rankingu rzeczy niechcianych, poparcie idioty mieści się w ścisłej czołówce.

Oto, na czym problem polega.

Załóżmy, że mam tezę. Przemyślaną na wskroś i analizowaną, jeśli nie latami to godzinami przynajmniej. Teza jest dojrzała niczym – jakiś bardzo, bardzo dojrzały owoc (żeby nie robić złośliwych wycieczek w kierunku niemłodych pań, choć przyznaję, że na myśl o kilku wrednych urzędniczkach – kusi).
Teza jest też pełna (ciągle kusi) jak na karmioną wieloma przemyśleniami, poważną tezę przystało.
Jako autor tejże jestem z niej dumny i to nie przez próżność (a przynajmniej nie tylko), ale przez zupełnie świadomą i obiektywną jej ocenę. Oczywistym więc staje się chęć podzielenia się tezą ze światem, co czynię – załóżmy – w jakimkolwiek zastanym towarzystwie.

I w takich właśnie okolicznościach najczęściej pojawia się sytuacja tytułowa.

Zazwyczaj bowiem znajduje się w tym fikcyjnym towarzystwie ktoś, „kretyn już z wyglądu” (jak mawiała jedna moja znajoma), kto gorąco i głośno – zbyt głośno by nie wydało się to podejrzane – wyraża aprobatę i pełne poparcie, wrzeszcząc i śliniąc się (to taki wizualny dodatek, żeby obrzydzić jego / jej wyobrażenie), po czym zawłaszcza podwaliny mojej tezy, tworząc z nich jakąś cholerną pokrakę, prześmiewczo-satyryczną podobiznę tej pierwotnie pełnej i dojrzałej tezy, i widzę, czuję a po chwili wiem już na pewno (kiedy zadając drżącym głosem serię pytań w celu upewnienia się co do swoich podejrzeń, wysłuchuję niechcianych, choć przewidywanych niestety odpowiedzi), że ten idiota tłumaczy założenia i przedstawia argumenty mające potwierdzić jego teraz (a moją przecież w pierwotnej wersji) tezę, w sposób tak całkowicie, kompletnie szpiko-kostnie odmienny od mojego rzeczy postrzegania, że mam ochotę go udusić zanim wypowie kolejne słowo! Jego wywody są tak absurdalne, tak niespójne i tak łatwe do obalenia, że w zasadzie w ogóle nie mają pionu i od momentu powstania (tzn. wygłoszenia przez tego idiotę) są bytem obalonym. A w całym tym cyrku szaleńców, przez nieuwagę mogą zostać odebrane jako argumenty na poparcie mojej tezy – bo przecież to ja ją pierwotnie wypowiedziałem…
Dzień dobry Absurdzie. O jakiś Ty wielki!

Przykład:

Załóżmy (tak, wiem to już chyba trzecie założenie), że teza dotyczy meteorologii, a konkretnie niedoskonałości metod przewidywania stanu pogody na okres dłuższy niż X dni. Załóżmy też (4), że bazuję na informacjach zebranych od ludzi parających się tą dziedziną, przyzwoicie zgłębiłem temat (nigdy tego akurat aż tak nie zgłębiłem, ale kłamię na potrzeby przykładu) i mam za sobą niezłą gromadkę faktów.
Stwierdzam zatem na przykład:
„Prognozy zakładają, że 1 września ma być słonecznie, ale przecież to nic pewnego, bo pozostało jeszcze 2 tygodnie.”
Na co idiota:
„Oczywiście, że to nic pewnego. Absolutnie się zgadzam. Wiadomo: 1 września nigdy nie jest pewne czy będzie padać czy nie”.
Tutaj zapala mi się lampka alarmująca i choć przewiduję już katastrofę brnę z pytaniem niczym ćma do płomienia:
„Dlaczego akurat z 1 września nigdy nie wiadomo?”
Idiota na to, mając w oczach wypisany tryumf w stylu „jak można tego nie wiedzieć” – cedzi z miną mędrca:
„Przysłowie mówi: Jak na świętego Hieronima jest dysc albo go ni ma, to na świętego Idziego bedzie dysc albo nie bedzie go”.

W ten oto sposób i tu właśnie kończy się świat przestrzeni mierzalnych. Kończy się chęć dyskusji, bo sens takowej jakoś nazbyt wprost nawiązuje do Syzyfa.
Sytuacja w dodatku jest co najmniej mało komfortowa, jako że nie za bardzo wiadomo jak zaprotestować.
Jeśli bowiem odpowiem na to coś oczywistego, np:
„Nie do końca się z Tobą zgadzam, bo…” – to absolutnie pewne jest, że nie dane będzie mi skończyć zdania i zostanę zakrzyczany czymś w stylu:
„To co – może Ty wiesz czy 1-go będzie deszcz? HA HA!” – śmiech będzie głośny i „gęsty” – w sam raz taki, żeby się nie dało przez niego przebić – „No bo skoro wiesz to może cię wezmą do telewizji! HA HA!  – (ten sam rodzaj) – „A właśnie, skoro już o telewizji mowa, widziałem ostatnio druzgocąco fantastyczny odcinek…”  – i w tym właśnie momencie skończy się sytuacja.
Zostanę pokonany w sposób sprawdzony – metodą sprowadzenia do poziomu, na którym mam dużo mniejsze doświadczenie.

To był wyimaginowany przykład małego kalibru. Teraz wystarczy sobie wyobrazić temat bardziej zawiły, albo np. aktualnie „medialny”, nośny, najlepiej kontrowersyjny, drażliwy i budzący emocje.
Wtedy lepiej jest wrzucić dwie kostki lodu do szklanki, zalać to Jackiem i zacząć kontemplować jakieś eleganckie nuty, a dzielenie się nieoczywistymi tezami z gronem nieznajomych pozostawić tym, którzy mają w tym zakresie większe doświadczenie, a przede wszystkim chęć i powołanie, oraz stosowny dystans do reszty świata.

 

 

Koszulwa.

Posted: 2013/11/13 in Innica, żypomęsa
Tagi: , ,

Czy jest możliwe, żeby koszula przeszła samoistną modyfikację, w efekcie której nie da się jej – koszuli – skutecznie wyprasować? Bo taka właśnie sytuacja dzisiaj mi się przytrafiła.

Nie mam wielkiego problemu z prasowaniem koszul, naprawdę. Lubię koszule, używam ich, więc przywykłem o dziwo. Oczywiście nie lubię tego robić, bo to marnowanie czasu, takie samo jak sprzątanie, pranie czy inne głupoty, ale cóż – jest to jedna z czynności, które od czasu do czasu robić niestety trzeba (próbowałem kilku z tych rzeczy nie robić, ale na dłuższą metę to nie działa niestety, a szkoda), więc zdobyłem w praktyce stosowną wiedzę i śmiem twierdzić, że daję radę.

Tym razem jednak to nie było prasowanie. To była wojna…
Trafiłem ewidentnie na koszulową szefową koszulowego ruchu oporu. Odkryłem spisek materii nieożywionej (nie pierwszy!) wymierzony w moje gołębie serce i łagodny charakter. Zdemaskowałem Niejawne Stowarzyszenie Koszul Pomiętych. Rodzącą się rewolucję, walkę o wolność zgnieceń i fałd!

Nie będzie iron pluł nam w zagięcia ni żarem nas prostował!

Na pierwszy rzut oka niby normalna koszula. Wprawdzie z tych rzadziej używanych (bo i okazja mniej lubiana), ale cóż – w końcu to tylko pozszywane szmatki.

Zacząłem spokojnie, powiedziałbym wręcz: delikatnie. Jedna kropka na kółku od żelastwa (nauczony doświadczeniem, bo kiedyś przesadziłem wychodząc z założenia, że im cieplej tym lepiej i… no wiadomo), delikwentka na deskę i jazda tym czołgiem w tę i we w tę. Czołg też nie jakiś zdezelowany, ale elegancki, nowiusieńki (niedawno musiałem kupić więc z przyzwyczajenia zakup poprzedziłem gruntownym zgłębieniem stosownej technologii oraz badaniem rynku), będący bez dwóch zdań godnym orężem.

Pierwszy przejazd – nic. Drugi, trzeci – nic!
Cieplej – myślę sobie – i ciach na drugą kropkę.  Owszem, jakieś tam pomniejsze kreseczki poznikały, ale wszystkie główne bruzdy niczym łańcuch górskie – niewzruszone.
Jeszcze cieplej – myślę – i ciach na maksa. Ale efektu jak nie było tak nie ma! Materiał gorący, żelazko zmęczone, ja spocony a zagięcia nic.
Woda! – myślę – i dawaj napełniać zbiornik, żeby para buch, zmarszczki w ruch itd…

W końcowej fazie walki nacierałem na uginającą się deskę jakimiś nieprzyzwoitymi niutonami, dysponując temperaturą bliską tej potrzebnej do obróbki stali a ilość produkowanej pary – gdyby ją tak w tłoki wcisnąć – mogłaby chyba pociągnąć ze dwa wagony rudy.

Poległem.

Możliwe, że to się da zrobić. Bardzo możliwe. Jednak moja cierpliwość jest niczym ocean – rozległa wprawdzie, ale jednak skończona.

Z okazji wspomnianej okazji włożę inną koszulę (tę, która nie należy do spisku) a po powrocie do domu, zanim wejdę, sprawdzę najpierw czy w przedpokoju nie ma barykady a po kuchni nie maszerują niepodległe pomięte koszule, ze śpiewem na… kołnierzach, prowadzące żelazko przed trybunał.

 

Zdrada powakacyjna!

Posted: 2013/09/01 in Obserwałka
Tagi: , , ,

Jakże to tak?

To po co ja się męczę na urlopie, leżąc w pocie całego ciała, żeby przybrązowić choć trochę moją skórę bladą niczym indiański wzorzec najeźdźcy? To po co ja męczę się na tej plaży niczym ryba bez wody, niczym góral w nizinie, niczym słoń w porcelany składzie, ale męczę się dzielnie w poczuciu dobrze wykonywanej pracy auto-upiększającej? To po co walczę z nudą, przymykam oczy na ten cholerny żar, przymykam uszy na wrzaski dzieci, przymykam siebie całego na piasek w miejscach gdzie być go nie powinno…?

Po co to wszystko, skoro ta zdrajczyni – skóra – decyduje się nagle, że sobie ot tak po prostu zejdzie?

I to teraz – kiedym już prawie zobaczył w sobie pierwiastek smagłej cery?

Szanowna fizjolgio: szanuję ciebie i twoje reguły, ale tym razem zachowałaś się jak świnia.

 

Jest kilka takich sytuacji, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad zasadnością nazywania rzeczy martwych martwymi.
Bo czy martwe może być złośliwe? A przecież jest, a przynajmniej bywa, skoro istnieje nawet stosowne przysłowie (czy też porzekadło) definiujące taki stan,  nie tak jest czy nie?

W moim prywatnym rankingu czołówka wspomnianych sytuacji zmienną jest (jak na żeński rodzaj przystało). Ostatnio na przykład długopisy ambitnie walczą o miejsce w ścisłej czołówce, przepychając się łokieć w łokieć z ulicznymi światłami (choć i jedne i drugie łokcie mają jedynie w domyśle oczywicha).

Taki długopis wydaje się być niezwykle zmyślną bestią. Potrafi samoczynnie dozować własne wnętrzności dopasowując się do sytuacji. I tak dla przykładu:

  • Jeśli bawisz się długopisem podczas spotkania – z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością upaprzesz sobie jakąś część ciała.
    Mniejszy problem jeśli trafi na rękę, bo potrzesz, ukradkiem może nawet uda Ci się poślinić i dasz radę zmyć. Chyba, że dany długopis wyspecjalizował się w zakresie paprania – wtedy nie tylko nie zetrzesz, ale wręcz rozpaprzesz to okrutnie, przez co zamiast niewinnej kreseczki (wilk w owczej skórze) będziesz miał granatową plamę, jak byś kilka dni wcześniej stoczył walkę uliczną.
    Większy problem jeśli nieopatrznie zbliżysz długopis do twarzy. Pytaniem wówczas nie jest CZY ale JAK BARDZO  się usmarujesz. Długopisy specjalizujące się w papraniu spotkaniowym mają bowiem umiejętności przypominające trochę zdolności kieszonkowców: nigdy nie wiesz kiedy i nie wiesz jak to się stało…
    Upapranie twarzowe ma kilka różnic w stosunku do upaprania ręcznego. Jedną z najważniejszych jest fakt, że nie jesteś tego upaprania świadomy, ale świadome jest go otoczenie. Ty możesz się tylko domyślać, bo jeśli zerka na Ciebie ukradkiem połowa zgromadzonych a nie jesteś akurat przy głosie, to już wiedz – że pozwolę sobie użyć tu popularnej ostatnio retoryki – że długopis maczał w tym… wkład.
    Chciałem do plusów tej sytuacji zaliczyć fakt, że będąc nieświadomym kreski przynajmniej nie zaczniesz jej ukradkiem rozsmarowywać z nadzieją na zmycie, ale wrrrróć! Nie tylko rozsmarujesz, ale w dodatku zrobisz to w sposób niekontrolowany, przez co granatowa mapa będzie na bank bardziej widoczna i spektakularna.
  • Jeśli masz do podpisanie bardzo ważny dokument (najlepiej żeby była to jedyna kopia), to na pewno wkład zacznie przerywać. Zacznie przerywać od razu, żebyś zaczął poprawiać, przez co Twój własny podpis przestanie być Twoim wyuczonym, odruchowo machanym dowodem tożsamości a zacznie być niekontrolowanym mazgajem, a ewentualna Pani w ewentualnym okienku powie: „przykro mi, ale podpis nie zgadza się ze wzorcem…”
    Acha! – pomyśli ktoś, kto wcześniej niejednokrotnie takiej sytuacji doświadczył – ja go sobie profilaktycznie najpierw „rozpiszę”! I słusznie. O ile jednak zamysł jest dobry, o tyle efekt – nie łudźmy się – nie spełni na bank Twoich oczekiwań. Jeśli bowiem natrafisz na wyspecjalizowany w złośliwości długopis, ten doskonale odróżni rozpisywanie od podpisywania i stosownie dostosuje strumień.
  • Jeśli włożysz długopis do koszuli… Chyba nie muszę kończyć. Wiadomo co: kamikaaaadzeee, boski wiatr! Samobójczy atak na tekstylia. Mam wrażenie, że to jest najwyższy długopisowo/długopisi poziom, taka nagroda – mieć okazję poświęcić swój długopisowy byt, złożyć w ofierze własny wkład, dając tym samym wkład (z tym, że tu już w innym znaczeniu) w odwieczny bój długopisów z ich użytkownikami.
    Tak czy inaczej – koszula do wyrzucenia.
  • Jeśli długopis włożysz do torby, lub kieszeni, której nie da się zniszczyć poprzez wyżej wspomnianą akcję wylewno-samobójczą, wtedy długopis się rozkręca. I zamiast przyrządu do pisania masz taką mini układankę: sprężynka, wkład (ten się przy okazji złamie, jeśli może), obudowa oraz – tu najważniejsze – małe części, które są niezbędne do działania, których niezbędność zauważysz dopiero kiedy całość naprędce skręcisz i przy próbie pisania wkład zacznie się pięknie chować, i które posiadły nad-długopisią moc chowania się po kieszeniach lub zwykłego znikania.

Wisienką na torcie jest fakt, że jeśli zechcesz społeczności złośliwych długopisów zademonstrować wiadomy gest przy użyciu środkowego palca to patrząc na tego palca zauważysz charakterystyczne zgrubienie…

 

Czasem jest tak, że trzeba pod presją czasu zrobić coś wyjątkowo ważnego. Wspomniana presja jest oczywiście m.in. efektem odkładania czego się da ile się da, ale to osobny temat.

Kiedy zatem nadchodzi ta „wiekopołomna chwiła”, jestem niezwykle zmotywowany, psychicznie nastawiony, świadomy znaczenia, wagi, praw a zwłaszcza obowiązków oraz (mówiąc w języku współczesno-polskim) wybitnie sfokusowany.

No! – mówię sam do siebie niczym niepewny kondycji psychicznej uliczny freak – Biorę się do roboty!
Czekałem i czekałem, zwlekałem i zwlekałem, ale teeeeeeeraz to już poleci!

Czyli najpierw kawa. Bo taki jestem jakiś rozproszony.

A skoro już jestem w tej kuchni – myślę sobie – to przecież nie zostawię tak tego bajzlu. Naczynia nie w zmywarce… Powkładam, włączę, niech się bidule w końcu umyją. Bo mnie to będzie potem rozpraszać!
Upaprawszy się nieco (bo my się z gotowaniem nie lubimy, więc kuchnia – zdradziecka i niewdzięczna pachołkini (?) gotowania mści się na mnie zawsze kiedy ma sposobność – a to przytnie, a to przetnie a to przynajmniej ubrudzi) śpieszę do łazienki. Nooooo to skoro już tu jestem – kąpiel nie zaszkodzi. Zawsze to relaks i dużo przecież mniejsze ryzyko, że mnie coś potem będzie rozpraszać!
W międzyczasie wstawię jeszcze tylko pranie, bo czeka i czeka i tylko mnie tym swoim czekaniem rozprasza. Z tym, że zapomniałem tego z wczoraj wyjąć – okazuje się – no to włączę płukanie, wywieszę i dopiero wstawię. O! To będzie dobra kolejność. A w międzyczasie ta kąpiel, czyli już zaoszczędzę dużo czasu! Nie ma to jak być porządnie zorganizowanym i sfokusowanym…

Po kapieli i uporaniu się z praniem trochę zgłodniałem. To sobie jeszcze zorganizuję szybko coś do jedzenia, bo przecież nic tak nie rozprasza jak głód! Z tym, że jakoś tak – niczym Puchatek – im bardziej zaglądam do lodówki, tym bardziej nie widzę tam nic do jedzenia… A przynajmniej nic konkretnego. Nic takiego, na co miałbym ochotę i co z pewnością zapobiegłoby ewentualnemu rozproszeniu.
Trudno – myślę – skoczę do sklepu szybciuteńko. Spacer nie zaszkodzi, przewietrzę się to i myśleć mi się będzie dużo lepiej.

2 godziny później…

No bo jeszcze przy okazji skoczyłem po owoce na bazar i załatwiłem awizo na poczcie. Co będę czas marnował na ponowne wychodzenia jak mogę to od razu zrobić, mieć z głowy i się tym już nie rozpraszać.

Teraz mam już naprawdę wszystko. Świetnie! No to do roboty!

Ale to biurko… Dajcie spokój. Przecież nie mogę pracować w takim bajzlu bo to mnie będzie rozpraszać jak cholera! Muszę to szybko jakoś ogarnąć. W ogóle to całkiem inaczej to poustawiam wszystko. Tak, żeby mieć taką maksymalną ergonomię, takie idealne miejsce do pracy i tak, żeby już nic naprawdę w tym biurku nie mogło rozproszyć mojej uwagi.
Przy okazji w szafkach też troszkę poprzestawiam. W zasadzie poukładam od nowa te rzeczy bo bez sensu sięgać po to tutaj, skoro dużo lepiej będzie sięgać tam. I odwrotnie.

Ale kurz! W życiu się nie skupię w takim kurzu. Przelecę szybko to biurko. No ale jak już lecę to i szafki śmignę. A dooooobra, odkurzę mieszkanie w ogóle, bo jak nie odkurzę to na darmo to moje przelatywanie – zaraz znowu nowy kurz osiądzie i mnie będzie rozpraszał jak cholera!

Gotowe. Teraz mam wszystko errrrrrrrgonomicznie i czyściutko. No to do roboty!

Ale zgłodniałem trochę od tego sprzątania. I pranie się skończyło przecież. Nie wyjmę teraz to znowu zapomnę… Dobra, długo to nie zajmie a przynajmniej nie będę się tą myślą ropraszał.
Pranie raz dwa zawisło i przez moment nawet przemknęła i myśl o tym czy by nie poprasować od razu, ale aż mnie otrząsnęło z obrzydzenia i jakoś mi samo przeszło (sporo ryzykuję, bo może mnie to rozpraszać, ale trudno). To jeszcze teraz tylko szybko coś zjem i gotowe. Na szczęście przedtem już zrobiłem takie większe zakupy więc naprawdę mam wszystko! Czyli już się opłacało.

OK, siadam i do roboty!

Ale ten ekran uwalony. Muszę przetrzeć bo wszystko czyste a ekran brudny. Rozprasza mnie jak cholera! To jeszcze klawiaturę przetrę, bo też jakaś taka niegodna zaufania a przecież media co rusz alarmują ile śmiercionośnych zarazków czai się w takich nieczystych klawiaturach! Szkoda ryzykować. Będzie mi ta świadomość siedzieć w głowie i będzie mnie… wiadomo.

Dobra. Teraz juz jest wszystko gotowe do pracy.

Z tym, że tak mnie to wszystko jakoś zmęczyło, że zupełnie wenę straciłem. Na siłę robić nie będę! Sama zniknęła to się sama musi pojawić.

A ja w międzyczasie przeleję swój żal na bloga bo strasznie mnie też żal rozprasza…