Przepisy. Kulinarne zagadki pisane przez mściwych przedstawicieli jednej grupy ludzi (skupiającej tych potrafiących gotować) na złość innej grupie ludzi (skupiającej tych, którym gotowanie wychodzi… ale słabo).
Jak to jest, niechże mi ktoś raczy wytłumaczyć (co może być trudne nota bene, biorąc pod wzgląd, że to monolog). Jak to jest, że w przepisach – które przecież stanowić powiny swego rodzaju afabet, ściągę, przedszkole dla przyszłych lub niedoszłych, ale ciągle próbujących kucharzy – że w tych właśnie podpowiedziach, alfabetach, ściągach aż roi się od sformułowań, które spędzają sen z powiek wspomnianym słabo-uzdolnionym i które w pewnym sensie stanowią właśnie istotę owych trudności.
Przykład? A proszę bardzo: szczypta!
Szczyptami najeżone są wszystkie przepisy. Tak jakby to była jakaś nowa jednostka miary. Nie jest! Skąd mam wiedzieć, że niewłaściwa szczypta nie zepsuje mi całkowicie smaku potrawy, którą stworzyć usiłuję z takim zaangażowaniem i wiarą w sukces? Że już o głodzie i rozczarowaniu nie wspomnę.
Prawdopodobnie gdybym wiedział jaką cholerną szczyptą mam się posłużyć nie potrzebowałbym tych wszystkich przepisów. Ja chcę konkretnie wiedzieć ile! Ile mam dosypać soli, cukru, piasku… wszystko jedno czego. Ale ILE?
To tak, jak by dziecku w szkole tłumaczyć proces dodawania nie na przykładzie odwiecznych jabłek, ale np. przy użyciu ułamków dziesiętnych…
Weźmy za przykład takiego informatyka. Dzwonisz załóżmy do niego i mówisz, że komputer nie działa. A powinien chyba… Ale nie działa. Pomóż mi.
No i normalnie spodziewasz się pytań w stylu: a włączyłeś do prądu? Podłączyłeś monitor? Co widzisz na ekranie? Co dokładnie nie działa? Co konkretnie próbowałeś zrobić?
I dobrze wiesz o co on pyta. Bo ekran to ekran. Nie szczypta. Ekran jest oczywisty. Prąd to prąd. Jest prąd albo nie ma prądu. Nie ma różnych prądów (w uproszczeniu no). A szczypty są różne… Są z założenia różne!
Zdrowy na umyśle informatyk, taki którym nie targa rządza zemsty na jednostkach mniej technicznych, nie spyta o konfigurację rejestru, wpisy w syslogu czy zawartość wysniffowanych pakietów. Bo wie, że ani to w niczym nie pomoże, ani nie ma to sensu, tak?
Dobra, dobra, ja wiem, że to może być słaby przykład, bo w większości przypadków można usłyszeć jedynie dwie rzeczy. Pierwsza, czyli: “Zrestartuj”. A jeśli to nie pomoże to druga, czyli: “U mnie działa”.
Załóżmy jednak, że opisujemy inny świat. Lepszy, pożądany.
W tym lepszym, pożądanym świecie ludzie posiadający wiedzę pomagają tym, którzy tej wiedzy nie posiadają. Nie za darmo wprawdzie, ale przynajmniej rzetelnie. Za ten cholerny przepis przecież też najczęściej jakoś płacę, tak? Cena tego przepisu jest gdzieś tam wliczona w cenę produktu. Ktoś to pisze, drukuje, wsadza na opakowanie itd… Że już o książkach kucharskich nie wspomnę.
Tyle jest fajnych jednostek miar. Dziecku ostatnio nawet gdzieś tam pokazywałem: gram, funt, uncja, karat, grant, cetnar, łut… Wszystko przeliczalne! Zapytasz googla o przelicznik i od razu dostaniesz kwartylion kalkulatorów, które Ci to wszystko ładnie poprzeliczają. Większość współczesnych telefonów Ci to przeliczy…
Ale nie! Oni wolą szczyptać!
Znajdź no w necie przelicznik szczypt na gramy. Przecież to Internet, wszechsieć, przecież tu jest wszystko! Ale nie ma przelicznika szczypty na gram. A nie ma go z prostej przyczyny – bo się nie da! To nie jest żadna miara tylko przybliżenie!
Ja natomiast oczekuję od przepisu precyzji! Projektu potrawy i dokumentacji wykonawczej a nie literackiej wizji tego, jak ta potrawa ma mniej więcej powstawać.
Ja wieeeem! Ja wieeeem. Teoretycznie nietrudno zgadnąć, wystarczy się zastanowić w końcu: szczypta to tyle ile weźmiesz w palce szczypiąc zawartość solniczki czy innej pieprzniczki.
No dobra. Tylko, że świat tak już jest skonstruowany, że ludzie mają palce różnej wielkości! I co z tym fantem? Co ręka to szczypta. Jednemu gram, innemu pięć się szczypnie.
Pamiętam jak na studiach poznałem jednego boksera z Ukrainy. Fajny chłop nota bene, ale gabarytowo cyklop podwójny! Dwoje oczu miał i na każde chyba mu przypadła masa normalnego cyklopa (no przenośnia taka). Ten to miał łapy! Z pewną taką nieśmiałością człowiek podawał mu rękę na powitanie. Uczucie było takie jak by nagle ktoś oblał dłoń betonem. I ta niepewność za każdym razem i te w głowie kołaczące się pytania: ściśnie czy nie ściśnie? A jeśli ściśnie to kiedy puści? Zmiażdży kości i nawet nie poczuje. A jeśli w ogóle nie zauważy, że ma coś w dłoni? Albo jeśli skurcz go złapie nagle? Takie rzeczy się zdarzają. Cholera wie co on za specyfiki żre przy tych swoich treningach i gdzie go po tym skurcze łapią.
I teraz co? Taki bokser jak szczypnie sól to z pół kilo od razu wyszarpie.
Bez sensu…
A technika szczypania? Czy też – jak to zwać też cholera wie – pobierania szczypty? Taki kucharz co to ma wprawę od lat pewnie miarę ma w paluchach i spokój święty. Ale człowiek niewprawny (a w końcu do takich przecież z założenia adresowane być powinny przepisy, tak?) – raz mu się szczypnie tak, drugim razem inaczej. Raz mniej, raz więcej. No i dokładność niczym w sondażach przedwyborczych.
Bez sensu…
A niech się człowiek nie daj Boże w palec skaleczy. I to w jeden – dajmy na to – z palców szypiących. Co wtedy? Czy palec – zamiennik, taki normalnie nie szczypiący, czy taki palec w ogóle się do pobrania szczypty nada? A nawet jeśli – jaka niby wtedy pobrana zostanie wartość? (w sensie masy) Wszystko to jedna wielka loteria!
A czy to trudno się skaleczyć? Zwłaszcza jeśli praktykę ma się mizerną? Zwłaszcza w kuchni? W której aż jeży się od broni białej i innych, równie zachłannych na krzywdę palców urządzeń?
Bez sensu kompletnie…
Ja nie wiem… Taki kisiel na przykład biorę. Z tyłu przepis. O matko no, może nie jest najbardziej skomplikowany, ale to też przepis. Nie od razu tort upieczono!
Biorę taki kisiel a tam z tyłu elegancko stoi napisane: “200 ml” a w nawiasie: “3/4 średniej wielkości szklanki”. No i co? Można?
Nikt z kisielorobów nie zostawia mnie na pastwę pojęć rozmytych. Co to niby ma znaczyć średni kubek? Ja już nie chcę się nad tym rozwodzić bo to oczywiste… Ale jakże prosto mogę tych rozterek uniknąć? Po prostu odmierzam wspomniane 200 ml! Ha! Można?
I nie ma niebezpieczeństwa, że kisiel będzie zbyt wodnisty albo wręcz przeciwnie: że łyżeczki weń nie wbiję po stężeniu.
Czyli się da, tak? Czyli można, tak?
To nie! Szczyptać mi będą na każdym kroku!
Apeluję zatem!
W imieniu wszystkich nienachalnie uzdolnionych kulinarnie. W imieniu tych, których rozpiera chęć (okresowo, sporadycznie) przygotowania sobie posiłku zgodnie z przepisem. Apeluję do piszących przepisy kulinarne: miejcie na względzie początkujących! Wyrażajcie się precyzyjnie! Używajcie jednostek zgodnych z jakimkolwiek usankcjonowanym i przyjętym przez narody cywilizowane systemem miar i wag!
A jeśli już koniecznie musicie używać średnich szczypt, niewielkich kawałków, sporych porcji, lekkiego ognia czy czegokolwiek innego DO SMAKU, róbcie dla tych, w imieniu których apeluję – dla nich właśnie, dla nas – róbcie na dole stosowną legendę.

Pewnie mowa o szczypcie, którą pomieszczą opuszki kobiecy palców (kciuka i wskazującego). Zapytać np, Magdę Gessler, ile to szczypta, chyba by się… zirytowała.
Ja się nie szczypię. Doprawiam na oko ;)
Żeglarz nie nauczy się żeglowania na spokojnym morzu.