Kicham, nosem grać zaczynam. Grypa?
Daj Boże, żeby ta modna! Mając AH1N1 wzrasta mi znacząco (przynajmniej statystycznie rzecz ujmując) szansa na przeżycie, na dobrą opiekę medyczną a i możliwość zaistnienia w mediach wielce jest prawdopodobna.
Grypo, grypuniu, grypico.
2009/11/09Wymikroblogiłem się
2009/11/09Bo tak naprawdę wyjątkowo nie lubię nazbyt sztywnych ograniczeń. I nazbyt sztywnych sztywności. I nazbyt nazbytnych nazbytców. I w ogóle.
Odetchłem pełnom piersiom.
Konklużyn
2009/10/06Oczywiście, że byłem przeciwnikiem pospolitego ruszenia w dziedzinie blog-owości ogólnonarodowej. Dla ścisłości – przeciwnikiem tylko owego pospolitego hurrra-ruszenia, nie samej idei bloga, bo ta jest świetna. Oczywiście, że pomimo chęci wypowiedzenia się od czasu do czasu “w powietrze”, wzbraniałem się z dołączeniem do grona powszechnie blogujących z czystej, wbudowanej niejako w mój auto-pakiet niechęci do rzeczy zbyt popularnych i zbyt chwilowo oczywistych.
Ponieważ jednak chwila okazała się trwać dłużej a moje czujne oko wyłowiło spośród miliarda śmieci również blogi wartościowe, powiedziałem sobie – czemu nie? Być może znów nie miałem racji (co nie jest taką znów rzadkością – z przykrością stwierdzić muszę) w ocenie tego zjawiska? I tu nastąpiło starcie, a po starciu tytułowa (poniekąd) konkluzja:
Nie tak, nie tak, nie tak. Nie tak to miało być – jak niesie jakaś… no właśnie nie jestem pewien – piosenka?
Mam mimo wszystko opór, żeby napisać to, co rzeczywiście czasem siedzi mi na żołądku. Ktoś jeszcze ma taki objaw może? Czasem zaczynam pisać rzeczy _naprawdę_ od-środkowe po czym… zaznaczam cały wpis i magicznym klawiszem delete daruję mu bilet do niebytu.
Mam wstręt jakiś do zbyt głęboko posuniętego uzewnętrzniania się. Chyba, że treść owego uzewnętrzniania, generując się zazwyczaj siłą jakiegoś przedziwnego rozpędu nabiera kształtów na tyle abstrakcyjnych, że nie-do-skapowania potwór powstaje i ja – potwora owego ojciec było nie było – pewien jestem, że dziecięciu temu mogę zapewnić pełną anonimowość. Że żadna ziemska istota bez wglądu w mój tok myślowy nie odniesie tego do mojej prywatności.
No właśnie. Na tym się chyba cała rzecz zasadza – prawdziwa prywatność siedzi w głowie. I nie wiem jeszcze czy kiedykolwiek podaruję jej zupełną swobodę. Póki co nie tylko nie wiem czy potrafię – ja jeszcze nie wiem czy tego chcę.
wielizm lub nicizm
2009/09/14To prawda, że od zawsze ciekawiło mnie jaki też wpływ na istnienie czegokolwiek ma cokolwiek lub wręcz przeciwnie – nic?
Taki dla przykładu niebyt istniejący zaprzecza bytowi istniejącemu implikując jednocześnie fakt istnienia tegoż niebytu. Paradoks – choć przyznaję, że tylko słowny – pozostaje jednak formą paraddoksalną… itd…
Podobnie rzecz ma się z ludźmi i tym co między nimi pływa i fruwa. Niepłynnie i nielotnie czasem… ciągle jednak płynie niepłynnie i frunie nielotnie – bo nie ma innego wyjścia.
Ciągle mało przykładów?
Więc weźmy pustkę, która pęczniejąc swoją nic-ną istotą zapełnia przestrzeń samo-swoją. I tak, nie chcąc tego zupełnie i poniekąd wbrew własnemu „a priori” zapełnia swoją niezapełnialność, popełniając jedno z bardziej spektakularnych samobójstw kanibalicznych.
Tak się rzeczy mają. Lub nie mają się nie tak.
Futbolowo-lugolowe wspomnienie
2009/06/23Pamiętam jak dziecięciem będąc wydarzyła się historia, która prawdopodobnie zniszczyła moją potencjalną przyszłość gwiazdy futbolu.
Było słoneczne, niedzielne (z tym, że nie jestem pewien) popołudnie. Na piaszczystej nieco murawie (przenośnia taka) stadionu… ogólnodostępnego odbywał się mecz futbolowy niezwykłej rangi: My kontra Oni!
Z tym, że gdybyśmy mieli świetlną tablicę to nieco trudno byłoby to opisać, bo z punktu widzenia onych, my byliśmy oni a oni byli my… jak nic trzeba by się było bić, więc w sumie dobrze, że nie było tej tablicy.
Przebieg gry był nieistotny w zasadzie bo do złudzenia przypominał poprzednie rozgrywki tej ligi: mianowicie spośród dziesięciu grających, dziewięciu znajdowało się w bezpośredniej bliskości piłki. Była to taktyka o wiele lepsza niż banalne 4-4-2, bo w układzie 0-0-wszyscy działy się rzeczy niepojęte… Coś na zasadzie zanikania praw fizycznych w punkcie o masie Wszechświata.
Dziesiąty nie dobiegł, bo właśnie sznurował trampka. Jako jedyny miał “korki” (ze dwa numery za duże ale kogo to) w związku z czym biegało mu się koszmarnie, nadeptywał na sznurowadła i tonął w piachu. Za to miał koronny argument na pretendowanie do rangi kapitana! Mógł też dowolnie wybierać pozycje… co w świetle wspomnianej uprzednio taktyki i tak nie miało większego znaczenia.
Myli się też ten, który twierdzi, że nie uwzględniam bramkarzy. Uwzględniam! Geniusz tej taktyki polegał m.in. na instytucji „bramkarza lotnego, strzelającego gole”, która to zasada była kwintesencją demokracji i zaaprobowana przez FIFA mogłaby zrewolucjonizować współczesny futbol. Podobnie jak rewelacyjna w założeniach reguła: „trzy rogi – karny”.
Nie umiem oczywiście odtworzyć dokładnie przebiegu spotkania… Wiem tylko, że właśnie rozstrzelałem się na dobre, co nie było takie znów oczywiste, bo moja miłość do futbolu nie była niestety do końca odwzajemniona – takie tam wstydliwe wyznanie i projekcja dziecinnej traumy oraz osobistych dramatów. Zacząłem naprawdę czuć się jak scalony w jedno Zbigniew Boniek i Diego Armando Maradona. Powoli oczywiście też zaczynałem snuć plany na przyszłość: karierę, kluby, których oferty przemyślę, nowatorskie sposoby okazywania radości po strzelonej bramce, wypowiedzi dla telewizji i takie tam…
Sielanka trwała jednak krótko. I pomyśleć, że to własny mój brat rodzony przyczynił się do tej katastrofy!
Jakież było bowiem nasze zdziwienie, kiedy na stadion z piskiem opon… nie no, bez przesady, na piasku opony piszczą kiepsko… No to PRAWIE ze słyszalnym piskiem opon wpadł znajomy skądś, wściekle zielony (ponoć taka akurat farba była dostępna) samochód marki Fiat 125P z moim bratem za kierownicą.
Okno opadło z piskiem (tu już realnym – niedosmarowanie mechanizmu prawdopodobnie) i poważna twarz brata, która widząc nasze oburzenie stała się jeszcze poważniejsza zakomenderowała: „Wsiadać ilu się zmieści! Reszta pojedzie drugim samochodem.”
Brat starszy 10 lat – nie było dyskusji. Poza tym, po co dyskutować skoro ewidentnie, w świetle prawa (reprezentowanego przez starszego brata w końcu) mogliśmy zrobić coś o czym normalnie nawet pomarzyć nie można było? Władować się legalnie, do samochodu Taty w ilu się da! Weź tu człowieku nie skorzystaj! Trudno, mecz przecież nie ucieknie.
Przez jęk silnika i wrzawę karmioną ogólnym podnieceniem dotarło do nas co się święci. I choć nieszczególnie dużo mówiły nam dziwne stwierdzenia w stylu: Czarnobyl czy płyn Lugola, jedno z całą pewnością zadziałało na nasze młodzieńcze umysły:
„Jak tego nie wypijecie to powyrastają Wam trzecie ręce”.
Nie no… bez jaj! Ale brat to w końcu brat, tak? Jakiś szacun mieć trzeba dla jego dorosłej wiedzy. Poza tym był w wojsku – a to zawsze był argument trudny do obalenia.
Aksjomat zatem.
Bramkarze przez chwilę nawet zaczęli się zastanawiać czy aby nie byłoby lepiej gdyby oni może jakoś… no nie wiem… skorzystali na tym czy coś? Dla dobra drużyny i ku zwiększeniu własnej bramkarskiej efektywności. Ale finalnie chyba wywnioskowali, że bramkarzem się bywa (zazwyczaj w dodatku po schrzanieniu stuprocentówki) a napastnikowi taka trzecia ręka tylko by przeszkadzała.
Dojechaliśmy.
To był niesamowity widok: wokół ośrodka zdrowia kłębił się tłum dzieci. Część ganiała w bezrozumnym szale, w myśl zasady, że skoro tyle nas tu jest to musi być dzień dziecka a jeśli tak to wolno wszystko… A przynajmniej więcej niż normalnie.
Część beczała po tym, jak na własnej skórze przekonali się, że to jednak nie dzień dziecka – świadczyła o tym dobitnie mina rodziciela stojącego obok, któren ewidentnie był autorem wyjaśniającego klapsa.
Kolejna część dyskutowała zaciekle stojąc w kolejce… No i właśnie. Wpędzono nas do kolejki.
Nie powiem, żeby było nudno. W kolejce można się nieźle rozerwać, ot choćby na zasadzie takiej, że należy skoczyć na plecy temu przed Tobą, zanim na twoich plecach znajdzie się ten za Tobą…
Niebagatelne znaczenie miało dla nas jednak spostrzeżenie Mariusza (kolegi), który przyuważył był w pewnym momencie, że kolejka ruszyła a wraz z tym pojawiła się kolejka wychodzących. Najgorsze jednak, że spośród grupy dzieci wychodzących (upewniliśmy się, że my stanowimy kolejkę wchodzących) niektóre słabsze jednostki – mówiąc kolokwialnie – rzygają.
Konsternacja.
Na tyle duża, że dosiadający pleców sami zeskakiwali, nie czekając aż dosiadany koń zrzuci…
Natychmiast zakwitł plan:
„Ja nie idę” – powiedział Mariusz, leciuchno poblednięty (jak wszyscy pozostali nota bene).
Plan był genialny w swojej prostocie, nie uwzględniał jednakowoż jednej istotnej kwestii: Brat mój rodzony, Cerber, strażnik, kat, ciemiężca, oprawca i bezwzględny dyktator.
Kolejka posmutniała. I robiła się tym smutniejsza im bliżej było do drzwi.
Potem już było szybko: Pani pielęgniarka, śmiesznie mała szklanka z trucizną (ewidentnie) w środku, kontrola czy aby nie wylewamy, łyk, TFU! i następny proszę…
Po wszystkim wyszliśmy przygaszeni nieco i przekonani, że chodzi o międzygalaktyczny spisek dorosłych, którzy ratując własne mizerne żywoty dogadali się z obcymi i w zamian za ułaskawienie oddadzą dzieci pod obcych władanie. Czyli: na pewno zaraz zaśniemy a oni po nas przylecą i… nie dokończymy meczu.
Na to wszystko zjawił się Mariusz (nikt w ogólnym zamieszaniu nie zauważył, że skubany jakoś się wywinął z kolejki!) i zadowolony do granic możliwości jął wypytywać o procedurę, której tak zmyślnie był uniknął. Mina mu jednak zrzedła kiedy wściekli na niego przypomnieliśmy mu bez cienia litości, że teraz niech tylko czeka na trzecią rękę.
Finalnie jednak i tak nie dokończyliśmy meczu. Rozeszliśmy się do domu, bo podobno nie wolno było się bawić w piasku… A mnie już nigdy nie powróciła ta życiowa forma strzelecka.
Było fajnie, ale daj Boże, żebym nie musiał nigdy stwierdzić reklamowo: Dziś sam jestem dziadkiem, więc cóż innego mogę dać mojemu wnuczkowi jeśli nie płyn Lugola?
Mariusza zaś nie widziałem od lat i nie wiem w związku z tym na ile rękawów kupuje koszule.
MTK
Korpoprawidła
2009/05/29Zapłodniona została dziś rano moja korporacyjna percepcja.
O tym, że korporacje cechuje aura niesamowitości wiele mówić nie trzeba – to truizm. Niemniej jednak trudno czasem oprzeć się pokusie takiej – choćby uproszczonej – próby zamknięcia tego zjawiska w ramy… bardziej ścisłe niż sam opisywany fenomen.
Prawo korporacyjnego zachowania momentu:
Jeżeli w kuchni istnieje czysta łyżeczka, to moment jaki dzieli Cię od jej uchwycenia jest stały i wynosi: moment innego bezłyżeczkowego współpracownika + 1.
Prawo naturalnego zaniku:
Jeżeli w korpo kuchni istnieje niepusty zbiór czystych kubków, to liczba elementów tego zbioru jest równa odległości jaka dzieli Cię od tej kuchni w metrach.
Prawo cukru:
Cukier to stan, nie materia. Stan ów zanika w obecności osób słodzących.
Prawo zmiennej objętości:
Objętość cieczy w korpo czajniku jest zmienna i wynosi:
(LO * OK) + WKZ
gdzie:
LO – oznacza liczbę oczekujących przed Tobą osób
OK – oznacza objętość kubka
WZ – jest natomiast współczynnikiem złośliwości i wynosi zazwyczaj około: OK/3
Jeszcze bardziej uogólniona teoria względności:
Czas pozostały do końca dnia pracy dąży do nieskończoności. Czas pozostały do końca projektu dąży do zera.
Mikrorozprawka o lenistwa genealogicznych z wynalazkami powiązaniach.
2009/05/18Nazwałbym lenistwo babką wynalazku, gdyby nie problem z jednoznacznym określeniem jego (lenistwa) płci. Tak na marginesie: istnienie rodzaju nijakiego generalnie bywa kłopotliwe.
Trzeba by zatem nazywać lenistwo jednocześnie dziadkiem i babką. Czyli babkiem lub dziadką. Chyba jednak dziadką – bo ta przyjmuje formę żeńską… Czyli znowu wygrywa cholerny matriarchat. No dobrze, trudno. W końcu nie o to chodzi.
Finalnie:
Lenistwo dziadką wynalazku – i basta.
Uzasadnienie tej oczywistości (bo przecież jest to oczywistość) jest już mniejszym problemem. Jeśli bowiem opieramy się na twierdzeniu, że potrzeba jest matką – a opieramy się przecież na prawdzie objawionej wbetonowanej w mądrość pokoleniową rzeźbioną w posągowe powiedzenia i przysłowia, tak? – jeśli zatem na tym twierdzeniu się opieramy to czyściutką w formie prawdą i logicznie uzasadnionym faktem jest to, że i potrzeba sierotą nie jest.
Potrzeba rodzi się (niekoniecznie w bólach – w odróżnieniu od długu rasy ludzkiej jaki nam został w spadku po prababci Ewie) w konkretnych okolicznościach. Ja natomiast twierdzę, że okoliczności te zazwyczaj (lub zawsze – jeszcze muszę pomyśleć) pojawiają się właśnie z powodu lenistwa.
Innymi słowy: lenistwo jajeczkuje jajeczkowatymi okolicznościami lub też zapładnia (problem płci lenistwa się kłania) okolicznościami plemnikopodobnymi. Tak czy inaczej: bez lenistwa nie zrodzi się potrzeba.
Przykład: potrzeba sprawnej komunikacji zrodziła lawinę wynalazków tego typu. A skąd niby wzięła się owa potrzeba jeśli nie z lenistwa?
Gdyby nie wynalazek pisma – musielibyśmy milion razy powtarzać to samo – pytani o to po milionkroć. Czyli co się za tym czai?
Gdyby nie druk… – aż mi się nie chce pisać, takie to oczywiste.
Tak, wiem, zaraz wyjedzie argument, że mnóstwo wynalazków dotyczących wymiany informacji wiąże się nie tylko z jej powielaniem czy utrwalaniem ale z szybkością jej wymiany. Z potrzebą tej szybkości.
Ależ zgadzam się! Bardzo często potrzebujemy informacji szybko, jak najszybciej. Zawsze jednak czai się za tym lenistwo. Bardziej lub mniej bezpośrednio.
Po co nam informacja tak szybko? Ano po to, żeby na nią szybko zareagować. Na przykład w ekonomii albo na wojnie (w takiej czy innej postaci – zaskakująco pojemnym pojęciem jest wojna swoją drogą, prawda?).
A po co szybko reagować? Ano po to, żeby uprzedzić (konkurencję lub wroga, co w zasadzie na jedno wychodzi – to tak a propos pojemności pojęcia „wojna”), uprzedzić i w konsekwencji – zwyciężyć!
Po co nam to zwycięstwo? Ano, żeby zdominować. Albo konkurencję, albo rynki, albo ludy i narody pobite.
Po co dominować? Uffff… No przecież po to, żeby ich kosztem (tych zdominowanych narodów, ciemiężonych niewolników, KUPIONYCH najemników) pozbyć się ciężaru związanego z wykonywaniem czynności, których… No? No? Których nam samym NIE CHCE się robić!
Et voila! Lenistwo w czystej postaci.
W pewnym sensie, z lenistwa też nie będę się już rozwodził zanadto (bardziej niż w miarę jasny przekaz tego wymaga) nad kolejnym, wyraźnym jak przerwa w telewizorze faktem, że leniąc się mamy umysł niezaprzątnięty absolutnie niczym, na czym skupiać się musimy. Co za tym idzie – poświęcamy się rozmyślaniom abstrakcyjnym a nie przetwarzaniem faktów i dyrygowaniem kończynami. W takich właśnie warunkach – oblepieni bezrobotną abstrakcją, niezatrudnionymi nigdzie myślami-włóczęgami jesteśmy w stanie stworzyć coś nowego – pomysł, ideę czy jak to tam sobie mniej lub bardziej górnolotnie nazwiemy.
W tym też po części (lub całkiem nawet) czai się chyba odwieczny zadzior pomiędzy płcią męską i żeńską. Dlaczego wśród kobiet mniej jest wynalazców, czy też – kolejny problem językowo-płciowy – wynalazczyń?
Nie – nie dlatego, że kobiety od zawsze miały mniejszy dostęp do edukacji. Bo przecież odkąd mają większy (niejednokrotnie większy niż mężczyźni) ta nierównowaga ciągle pozostaje zauważalna.
Rozwiązanie jest arcyproste – kobiety z natury rzadziej się lenią! Nie mają na to czasu. Nawet jeśli emancypacja zagoni ich chłopa do kuchni, pralni i do sklepu – one ten emancypacją wydarty czas wolny poświęcą na… pracę. A potem na proces upiększania się. A jak już się napracują i upiększą – zostaną matkami. Macierzyństwo natomiast to taki zawód, w którym nie tylko nie ma się prawa do urlopu, ale nawet nie ma się prawa do godzin bez pracy. Kobiety cały czas mają głowy pełne trosk. Najpierw pierdołowatych – tych o butach, wstążkach, manicurach, tuszach, torebkach, tuszach i torebkach innych kobiet itd… Potem – o dzieciach… I żegnaj czasie wolny.
Nawet jeśli jej emancypacyjnie-przydatny facet jest odciążeniem – to na kobiecie zawsze pozostanie obowiązek takiego nim pokierowania, żeby po pierwsze był rzeczywiście przydatny a po drugie żeby mu się tej przydatności nie zechciało zakończyć. I poniekąd znów torebka, manicure, tusz, bielizna itd… A równolegle: zawód, praca, kariera (na wypadek gdyby jednak mu przeszło i trzeba by było dać sobie radę samodzielnie).
Faceci natomiast to z natury trutnie. Nawet jeśli kiedyś (mówię o dalekim kiedysiu, nie o takim osiągalnym w bogatej dokumentacji historycznej) zajęci byli jedynie polowaniem i wyprawami na wojny. Przecież taka kiedysiejsza wojna składała się w przytłaczającej większości z marszu, względnie innej formy przemieszczania się. Ogólnie – z nudy! Jedziemy, idziemy, płyniemy… Tygodnie, miesiące, lata. Dochodzimy, dojeżdżamy, dopływamy. Krótka naparzanka (no bo ileż trwać może poobcinanie sobie łbów?) i w zależności od użytego „z” lub „na” a propos przysłowiowej tarczy – albo nas wloką z powrotem, albo to my wleczemy. Niezależnie natomiast – i tak jest to czynność nudna. I choć nuda to nie to samo co lenistwo mechanizm pozostaje bliźniaczy. Pomijając oczywisty fakt, że to przecież lenistwo doprowadziło do tak galopującego postępu w dziedzinie zbrojeń.
Wróciwszy natomiast z wojny – zwycięzcy napawają się swym zwycięstwem leniąc się na potęgę lenistwem na przemian pijanym lub politykującym (a najczęściej pod obiema tymi postaciami jednocześnie). Przegrani zaś napawają się swą przegraną i lenią się topiąc żale w smutnym dla odmiany nicnierobieniu, kontemplowaniu, rozpaczy i rodzącej się żądzy zemsty. Finalnie jednak – żaden dziecku pieluchy nie zmieni ani obiadu nie ugotuje.
Tak, tak – czy to jest pedagogiczne czy nie, fakt pozostaje faktem: u źródeł rozwoju ludzkiej cywilizacji leży sobie na trawie i żuje źdźbło nicnierobiące Lenistwo. Z chromosomem XXY.
MTK
Klątwa rozbieżnego spojrzenia.
2009/05/06To było trzecie dziś spotkanie z człowiekiem, który ma zeza rozbieżnego. Trzy razy jednego dnia. Fatum jakieś!
To nie jest śmieszne… No dobrze, trochę jest. Ale mam z tym prawdziwy problem. Jeśli natomiast ktoś mający opisywaną wadę wzroku nie daj Boże to przeczyta – błagam, niech nie poczuje się dotknięty! Bo nie na tej wadzie chcę się skupić, ale na własnym wobec tej wady zagubieniu i ogólnym zsieroceniu.
Było tak:
Spotkanie.
Siedzę vis a vis człowieka, który mówi mądre rzeczy i bardzo chcę skupić się na treści.
Tyle, że „chcę” nie zawsze gwarantuje „mogę”.
Nie mogę się skupić bo nie wiem jak mam z nim utrzymać kontakt wzrokowy.
Dobrze – decyduję – najpierw trzeba ustalić, które oko jest wiodące. Ale powtarzam sobie w myślach: „zróbże to człowieku szybko i dyskretnie, bo jeśli zaczniesz zbyt często zmieniać oko rozmówcy – ten stwierdzi, że coś z tobą nie halo i albo nie jesteś zainteresowany tym co mówi, albo – co gorsza – manifestujesz przed nim samym zainteresowanie jego wadą wzroku. Tak czy inaczej będzie wtopa”.
Robię zatem głębszy wdech i rzucam się najpierw na jedno a potem w mgnieniu oka (nomen omen) na drugie i nerwowo usiłuję ustalić (błyskawicznie), które z nich celuje we mnie – no bo zakładam, że właśnie dokonujemy bezpośredniego kontaktu wzrokowego. Powinienem to zrobić dyskretnie a jednocześnie precyzyjnie. Jeśli się bowiem pomylę, będę musiał dokonywać korekty, czyli będę musiał znów przeskakiwać z oko na oko. Ergo: będzie wtopa.
Ustalam!
A przynajmniej tak mi się wydaje.
Ulga. Mogę już spokojnie przestać błądzić wzrokiem po notatkach (nieciekawych – przez tę walkę ze wzrokiem i tak przecież nie wiem dokładnie o czym rozmawiamy) i popatrzeć rozmówcy prosto w oko, jak na poważną rozmowę przystało.
Ale gdzie tam! Ledwie wpijam w niego mój zawodowo przenikliwy wzrok okazuje się, że ewidentnie patrzy wybranym okiem w prawo (moje lewo), na mnie zaś spogląda to drugie – uprzednio odrzucone!
Szybko chowam się ponownie w notatki i nerwowo kalkuluję: albo to zbieg okoliczności i akurat rozglądał się – zapewne bezwiednie – rozmyślając o tym co powie, albo rzeczywiście się pomyliłem. Jest jeszcze inna możliwość: obok mnie, po lewej stronie siedzi przecież koleżanka – być może kąt rozbieżności tak akurat się dopasował, że kiedy patrzy na nią, jego rozbieżne oko celuje we mnie – stąd błąd w wyborze oka.
Pora na drugi test. Wdech i wio!
Wpijam się wzrokiem prosto w jego drugie oko (tylko nie zmieniać, tylko nie zmieniać!) usiłując jednocześnie nadać swojemu spojrzeniu wyraz kompletnego braku zainteresowania jego oczyma.
Tak! Patrzy na mnie tym okiem. Tym drugim! Czyli….
Ale skąd! Przedwczesna radość. Ledwiem o tym pomyślał, jego oczy zmieniły położenie w najgorszy dla mnie sposób – najpierw popatrzyło na mnie lewe, potem prawe (lewe w tym czasie zerkało za moje prawe ramię) a potem znów lewe, ale… nie jestem już pewien czy na pewno wprost.
Ucieczka w notatki…
Czyli co – myślę sobie – możliwe, że popatrzył na mnie lewym, ale możliwe też, że wcale nie! Za moim prawym ramieniem są przezroczyste drzwi na korytarz. Może po prostu rzucił… yyyyy… zerknął, tak? Zaistnieć mógł zbieg okoliczności po prostu.
Nie mam pojęcia o czym było to spotkanie. Napiszę do niego emaila.
Po niewczasie mam natomiast konkluzję: następnym razem będę wbijał wzrok w nasadę nosa!
MTK
PS. I niestety piszę czasem jak niemota.
Zaradna przedsiębiorczość.
2009/05/01Istnieje pewien specyficzny rodzaj zachowań ludzkich. Dotyczy on tzw. „życiowej zaradności” lub – jak wolą to nazywać niektórzy – przedsiębiorczości.
Dla ustalenia uwagi i przejrzystości przekazu nazwijmy dalej przedstawicieli takich zachowań zaradnikami (w skrócie zadnik lub zadek).
Kim zatem jest taki zaradny i przedsiębiorczy ktoś?
Ogólnie i pobieżnie rzecz traktując: jest to osoba społecznie ustabilizowana i dopasowana. Zgadzająca się z wszystkimi w zasadzie normami narzuconymi przez ogół (który jak wiadomo ma rację), choć – i tu pojawia się pierwsza rysa na moim pojmowaniu tego zjawiska – nie zawsze sama ich przestrzegająca. Co nie kłóci się jednak (w mniemaniu tejże osoby) z wymogiem przestrzegania owych zasad przez innych członków społeczności.
Przykładów społecznej aktywności zadniczej jest bez liku. Wszystkie one charakteryzują się minimalizmem (nie, nie w formie) i miernotą.
Zadnik świetnie potrafi na przykład ominąć kolejkę. Przy czym ważne jest, że nie ma znaczenia czy zadnik się spieszy czy nie. Chodzi o ideę! O ducha przedsiębiorczości! O ciągłe samodoskonalenie w tym względzie. Każda okazja jest dobra.
Zadnika kierowcę z kolei bardzo łatwo rozpoznać i to wcale nie po zachowaniu na drodze (to zbyt banalne) ale po specyficznej inwersji w interpretacji – nazwijmy to w ten sposób – kontrowersyjnych sytuacji drogowych.
Przykład: zadnik oczywiście powinien zostać wpuszczony w sznur samochodów, które poprzednio wyprzedził poboczem lub pasem dla autobusów. Natomiast poza nim i poza jego przypadkiem nie powinno się już przytrafić kolejne takie nagięcie zasad. Jak to dlaczego? No bo po pierwsze: chyba są jakieś reguły, co do których wszyscy powinni się stosować, tak? Po drugie: nie po to człowiek całe życie kombinuje i wykazuje się przedsiębiorczością, żeby mu jakieś nierozgarnięte leszcze bezczelnie kradły jego nowatorskie pomysły!
Zadnik nie omieszka głośno (ilość generowanych na wszelkie sposoby decybeli to ogólnie częsta przypadłość zadników) wyrazić swoją dezaprobatę. Klaksonem lub (jeśli naginacz nie wygląda zbyt groźnie) poprzez otwarcie szyby i emisję frazeologiczną ozdobioną stosownym układem choreograficznym – głównie ręki i palców.
Zadnicy mają tę cechę, że potrafią znaleźć czyjąś rzecz i w mgnieniu oka uznać się jej nowymi (lepszymi) właścicielami. Ale nie są złodziejami! To nie ich wina, że tamten nierozgarnięty idiota zgubił portfel. A nigdzie nie jest napisane, że zadnik ma za takim palantem biec lub go wołać? Z kieszeni mu niczego nie wyjmował w końcu. Nie tak jest czy nie?
Zadnik sprzedający samochód nabywa umiejętności wręcz nieprawdopodobnych. Staje się m.in. niedoścignionym wzorcem prawdomównego mnicha. Nie istnieje na ziemi wykrywacz kłamstw, który byłby w stanie go zdemaskować. Co tu zresztą demaskować? Zadnik przecież mówi, że przebieg jest taki, więc taki być musi, tak? Zadnik przedłoży stosowne papiery na „poziom kompresji” (czy jak to się tam nazywa) względnie wykresy z hamowni i należy być wdzięcznym, że tak rzetelnie informuje kupującego.
Znałem kiedyś jednego takiego zadnika (nie wiedziałem jeszcze, że nim jest – brałem go za zwykłego kolegę z pracy a nie tak przedsiębiorczego gościa) który opisał mi z dumą historię sprzedaży swojego samochodu. Czegom ja się wtedy nie dowiedział o budowie samochodów… O wskaźnikach i pomiarach. O metodach ukrywania, pastowania, maskowania, picowania, szpachlowania.
A co najważniejsze, dowiedziałem się od tej uroczej twarzy – uśmiechniętej i pełnej dumy z opowiadanych treści – kim w jego (właścicielu owej twarzy) mniemaniu jest człowiek, który dokonał zakupu. Jakim żałosnym naiwniakiem, nieprawdopodobnie mało przedsiębiorczym i niezaradnym mikruskiem, który wprawdzie próbował coś tam pokombinować i posprawdzać… Ale litości! Trafił na przedniego zadnika! Który go wypunktował po prostu wzorcowo!
Przyznaję – wtedy mnie zatkało. Ale to dlatego, że do tamtej chwili brałem owego zadnika za kogoś bardzo dalekiego od takich zadniczych zapędów. Może to zresztą i dobrze. Bo gdybym wówczas spróbował okazać mu moje zdanie na temat opowieści… No. A tak – obaj jesteśmy zdrowi na ciele a ja tej uroczej znajomości jakoś nie pielęgnuję. Spokój i harmonia.
Zadnik często wyróżnia się większym niż inni zaangażowaniem w ferowaniu osądów na temat innych osób. Zaangażowanie to jest tym silniejsze im sam zadnik mniej ma wspólnego z osobą osądzaną. Tym więcej ma do powiedzenia im mniej zna szczegółów sprawy.
Zadnik zazwyczaj nie kala się informacją o obiektywnych aspektach osądzanego przypadku oraz brzydzi się wszelkimi argumentami, które mogłyby podważyć zasadność oskarżeń. To w sumie zrozumiałe – cóż to za oskarżenie, jeśli traci się pewność czy jest ono słuszne? Trzeba być pewnym siebie! I swojego zdania! Zadnik brzydzi się wątpliwościami. Po co brać udział w bezsensownych (i trudnych) próbach poznania prawdy, skoro prościej i szybciej jest sprawnie znaleźć winnego i go – oczywiście – przykładnie ukarać. Lub – jeśli nie da się ukarać (przypomnijmy: zadnik zazwyczaj jedynie głośno i wyraziście „dopinguje” i motywuje – sam raczej unika działań – to na wypadek, gdyby ktoś kiedyś zażądał odpowiedzialności za czyny)… jeśli zatem nie da się ukarać to przynajmniej odpowiednio głośno skrytykować. Oraz zadbać oto aby krytyka nie pozostała lokalną – powinna ją poznać jak najszersza grupa ludzi.
Słownik zwrotów zadniczych w tym przypadku jest bardzo bogaty a dla przykładu przytoczyć można:
- z grupy sformułowań dotyczących etyki:
„Co za bezwstydna(y) dziwka / gnój”
- sądownictwa:
„Powiesić skurwysyna / kurwę!”
„Do gazu z nim / nią!”
- dialogu społecznego:
„Nie słuchać go / jej!” – często poparte niewerbalnym gwizdem lub buczeniem
“Zamknij się – wszyscy i tak wiedzą…”
- preferencji:
„Pedał / dziwka” – też mnie zastanawia taki właśnie zestaw… Ale „lesba” w słowniku zadniczym pełni inną rolę.
- polityki oraz geografii:
„Żyd”, „Komuch”, „Solidaruch”, „Szwab”, „Kacap” itp…
- wystąpień masowych:
„Złodzieje!” – warto wspomnieć, iż nie chodzi tu bynajmniej o formę pomocy ofierze grabieży, której przez przypadek zadnik stałby się świadkiem. To zresztą niemożliwe – zadnik ma wbudowane mechanizmy pozwalające unikać takich przykrych sytuacji, które wymagałyby z jego strony jakiejś – nie daj Boże – aktywności! Nie po to się człowiek stara, żeby przy byle okazji dać się uwikłać w cudze brudy (które jak wiadomo prać należy w domu).
Oczywiście nie wolno zapominać o zasadzie inwersji interpretacyjnej i chyba jasne jest, że zadnik WYMAGA aby w sytuacji jego niefartu społeczeństwo zaangażowało się w pomoc! To przecież oczywista zasada koegzystencji.
Zadnicy wpajają swoje zasady dzieciom. Od najmłodszych lat. Przekonani są przy tym, że robią dobrze, bo przecież dziecko musi umieć sobie poradzić w życiu. W końcu może kiedyś trafić na ludzi równie – albo co gorsza bardziej – przedsiębiorczych!
Tak, to prawda – darzę ich czystą w formie, soczystą i bardzo treściwą pogardą.
MTK
Przemysły i nieprzemysły
2009/04/29To raczej jasne, ale muszę sobie zapisać.
Założenie nomenklaturalne:
Załóżmy, że pewien ciąg wewnątrzgłowych przeglądów to przemysł (no coś na zasadzie krzyżówki przemyśleń i pomysłów) a zbyt nagłe ekspresje to nieprzemysł.
Ekspresja to efekt oczywiście.
Teza (poniekąd) brzmi:
Oczywistym zjawiskiem jest powstawanie przemysłów realnych oraz przemysłów bardziej uwikłanych w niewyjaśnione pod-przemysły.
Efektem tego są ekspresje na pierwszy rzut oka abstrakcyjne. Najczęściej lenistwo (lub jakaś mieszanka ze sporą jego zawartością) nie pozwala na ich doprecyzowanie i wydidaskaliowanie. Stąd mała czytelność.
Jednak równie dobrze mogą powstać przemysły od-realne. Czyli takie, które wynikają wprost z obserwacji otoczenia. Te zazwyczaj są w formie swojej bardziej poprawne i przejrzyste.
Nieprzemysły natomiast dotyczą wyłącznie od-realnych substytutów (również niematerialnych – takie na ten przykład uczucia z gatunku klasycznych) i zazwyczaj skutkują błędami. W najlepszym wypadku – głupotą.
No to mamy ustalone.
RSS - Posts