Stałem się małomówny – słowa zamarzają mi na wargach.
Zamykając drzwi jakiegokolwiek w zasadzie ogrzewanego pomieszczenia staję się robotem w gestach, ruchach i każdej innej formie ruchu, oszczędzając energię i unikając dekompozycji spójnej i zwartej własnej bryły cielesnej. Nastawiony na przetrwanie mogę stawać w parze z Królem Julianem robiąc roboto-performance.
Zima.
Czy lubię?
Tak. Mimo wszystko lubię oczywiście.
Najbardziej te momenty kiedy schodząc ze stoku i próbując odpowiedzieć na pytanie:
“Jak było?”
artykułuję skostniałym aparatem gębowym coś na kształt:
“Sufer… ale sroche simmo…”
Bo jeśli zima moi drodzy to z przytupem! Jeśli burza to niech strzela piorunami aż ziemia drży, jeśli jesień to niech leje, wieje i mży. Jeśli lato to niech nam wizja otoczenia spływa potem i odparowuje do czystej w formie tęsknoty za cieniem i chłodem. A jeśli zima… Jeśli zima to niech trzaska mróz i wali śnieg.
Taki tam prztyczek dla rasy ludzkiej. Przypomnienie takie, że jeszcze póki co nie wszystkim udało nam się zawładnąć i całkiem jeszcze sporo mamy do zrobienia. Takie tam szturchnięcie w uśpiony nieco zadufaniem i wiarą we własną wszechwładność motorek postępu.
…Tymczasem zwracam mą duszę wychłodzoną
Do tych pagórków grzejnych, do żeberek onych,
Szeroko pod błękitnym oknem rozciągnionych….
