Nielubość

2009/12/07

Nie lubię gubić tego, czego zgubić nie powinienem.

Nie lubię tracić tego, czego tracić nie chcę.

Nie lubię nieporozumień, których jedyną matką niezrozumiatką jest stara, głucha, ślepa i gargantuicznie złośliwa zołza dezinformacja (imię) charakterologiczna (nazwisko) a ojcem – chwilowa zaćma wybiórcza (związek najwyraźniej biologicznie nieuzasadniony).

Nie lubię świadomości próchna sytuacyjnego połączonej z bezradnością w dziedzinie zaradczej temuż.

Nie lubię bełkotu emocji przekrzykującego słabe, choć wciąż stanowcze mamrotanie zdrowego (a przynajmniej zdrowszego) rozsądku.

Nie lubię nieuzasadnionych machnięć charakterów, które rykoszetem walą po pysku tych, którzy się w porę nie odwrócili… bo nie chcieli.

Nie lubię takich oto sytuacji najbardziej. Kilku innych nie lubię mniej… lub wcale nie mniej (a może nawet więcej) ale nie załapały się na aktualne palco-w-klawisze-bębnienie. A, że nie lubię wracać i poprawiać więc już się nie załapią. Straciły okazję zaistnienia w tym tu oto wirtu-bytku. Choć nie… jedna jeszcze właśnie wskoczyła niczym Frodo na prom – nie lubię tracić okazji. Choć nie lubię też okazji do zaistnienia. Zbyt usilnych. W zasadzie każdych nienaturalnych.

Siup!


Stróżówka… w pewnym sensie.

2009/12/03

A jeśli Aniołowie są tak samo jak my ułomni? A jeśli wymieniają się nami jak dzieci kolorowymi kulkami?
Ja nie chcę trafić do innego. Ten, którego mam (ewentualnie – który ma mnie) wyciąga mnie za uszy z największych kadzi z piwem (nie muszę chyba dodawać, że przeze mnie samego nawarzonym). Czasem daje mi tylko – w ramach lekcji i ku pamięci – mniejszego lub większego kopniaka. Najwidoczniej ma także zacięcie pedagogiczne.

- Siema Anael, co tam?
- Leci, leci jakoś. Pióra mi kurde wypadają. Szampon muszę zmienić chyba…
- A gdzie żeś ostatnio czochrał skrzydła? Czy aby nie nad Polską?
- Skąd! Oni tam święty (nomen omen) spokój mają! Zima jak marzenie! Zero śniegu. Nie wiem czym sobie zasłużyli… Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę te ciągłe bluźnierstwa o Chrystusach Narodów. Ja to powiem Ci – na miejscu Prezesa coś bym z tym zrobił. Jakoś bym ich utemperował czy coś.
- Po pierwsze tłuku: Prezes jest spoko i ma teoretycznie nieograniczony dostęp do miłosierdziówki, więc jeden łyk i wiesz, latają mu koło oka wszelkie jakieś tam polityczne chrystusowania. Po drugie: nie do końca taki mają raj, bo co zerknę w myśli tego mojego niesfornego z Polski… Kojarzysz? Ci opowiadałem co wyprawia. A potem żałuje idiota…
- Serafiel. Coś Ci powiem brach: ty tego koleżkę to powinieneś oćwiczyć powiem Ci. Raz a porządnie. Juz Ci mówiłem zresztą…
- Dobra, dobra… No w każdym razie: co mu w dynię zerknę to mu się roją albo tradycyjnie gołe baby, albo marudzenie, że mu słońca brakuje. A najgorsze, że nie tylko jemu! Bo co zerkam w sąsiednie dyńki to podobnie. Czyli coś jest na rzeczy. No to się zastanawiam tak: a może by im rzeczywiście jakoś bardziej poświecić? Dni mają teraz krótkie. Zimno. Do roboty łażą dzień w dzień. W sumie się nie dziwię.
-Heh. No to będziesz musiał się nieźle napocić… Z tego co wiem chmurska mają dlatego, że Zafkiel i Zabkiel dostali z góry prikaz pozamiatać i ogólnie ogarnąć dormitorium. Chłopaki lecą z robotą aż miło popatrzeć, ale akurat nad tą częścią nieba wypadło im składowisko ciuchów do prania. No to sobie teraz twój koleżka poczeka, aż Orifiel do pralni obróci. Niech się cieszą, że chłopaki od czasu do czasu coś tam przegrzebują i mogą im przynajmniej przez chwilę poświecić. Chyba, że im odsłonimy elegancko i pozwolimy zerknąć na twoje brudne slipy? he he he.
- Matko… jaki Ty Anael głupi jednak jesteś.

- A słyszałeś jakie ploty chodzą? O tym, że ponoć ma być mały ekszyn w tym 2012-tym?
- Że co??? Czyś ty zapomniał skrzydłami machać i na dupsko upadł tak nieszczęśliwie, że Ci aureola mózg ścisnęła?
- Powaga. Ponoć jest pomysł taki, że skoro oni tam na dole takie sobie z tego jazdy robią no tooo… Się im zrobi niespodzianeczki. Heh. Tylko kurde! Serafiel! Się nie wygadaj! Bo jak by się Prezes dowiedział…
- Wiesz co Anael? Ja to się czasem zastanawiam czy Ty aby dobrze testy rozwiązałeś, żeś się w naszej sekcji znalazł.
- Spoko, spoko. Bez nerw. Co innego żarciczki porobić a co innego wiesz.
- Żarciczki? Już ja pamiętam jakieś ty sobie żarciczki robił z tych biedaków… czekaj, kiedy to było? w XII wieku?
- Coś Ty! Wczeeeeeśniej. Dużo wcześniej. Poza tym, młody byłem jeszcze i głupi. I mi nie wypominaj! Bo i Tobie przypomnę.
- Niby co?
- A kto się miłosierdziówką uchlał i tak pohasał, że wszystkim jak leci zaczął w jednym miejscu spełniać?
- Oj tam… No i co z tego? Za to do dzisiaj myślą, że ta woda leczy. I co? Źle? Nie wiesz, że placebo to najlepszy lek?
- Taaaa. Placebo. Gościowi nogę wziąłeś i… i… odrosłeś. Dobrze, że Ci chłopaki aureolę zdjęli w porę bo byś ich niedługo zaczął tutaj na wycieczki sprowadzać!

- Ty… Podajże mi tamto winko… Nie to! Czerwone mi daj.
- Czerwone?
- Czerwone, czerwone, co się dziwisz?
- Nooooo… Filmy się widzę ogląda… Cytacikami z dołu się rzuca, hę?
- Pfffff.  Chcesz łyczka?
- Nie chcę, robotę jeszcze mam. Raporty zaległe.
- Noooo. Ja też. Ale najpierw muszę skropić gardziel bo mi anielskość zasycha…

- Uważaj! Korek!!!

- Ożesz! Poleciał!!!

- W co leci? W co? No w co?

- Kurde… nie widzę dokładnie… Weź tam dmuchnij niech w Tajgę wali! Wmówi się im znowu, że meteoryt… Matko. Mam przesrane.


Do zobaczenia, do usłyszenia. Tam.

2009/12/03

Zapalam świeczkę dla Człowieka, który potrafił grać, kochać i żyć jak niewielu innych.
Nie umiem pisać o umieraniu więc nie będę próbował.


Radiostan redaktora.

2009/11/13

W drodze do pracy często włączam radio. Czasami jest to jedna z tych radiostacji, na antenie których dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte.

Wyobrażam sobie wtedy radiostan człowieka, który siedząc po tamtej stronie generuje tę eteryczną katastrofę radionadaktywną. Spikera, który jedzie radosny słowotok na granicy bezdechu, byle tylko wystrzelać stosowne śmieszności odpowiednio kul-wesołe, luźne, modne, bluszcz-kotliwe, maskując nieciągłości amerykanizmami,  bo wszystko przecież można znieść na antenie, ale nie ciszę na zastanowienie. Ona degraduje, niszczy, zwalnia z pracy, zabiera mikrofon, zdziera słuchawki, odsuwa krzesło i kopie w dupę na progu reżyserki w locie wciskając w rozdziawione z zaskoczenia usta wypowiedzenie i naprędce naszkicowaną wizję końca dziennikarskiej kariery.

Boże, Boże… Jeszcze 13 sekund do dżingli, do reklam! Nie wiem co powiedzieć kiedy skończę to zdanie, które właśnie mówię… W zasadzie co ja mówię? Nie wiem, nie słucham się. Bełkot leci ze mnie jak rzęsisty okres z Python’owskiej pani w restauracji. Wiem, wiem, za chwilę wybrzmi to słowo, którym właśnie kończę mówione zdanie a ja ciągle nie wiem co dalej. Dobrze, że myśli są szybsze od słów. Gdyby kazali mi mówić z prędkością myśli nie miałbym nawet tej przestrzeni, tej swobody, tego zapasu, który mam teraz.
Międzysłowie w głowie.
Co ja robię! Myślę o pierdołach zamiast natychmiast skonstruować nowe zdanie, zacząć, zawiesić, zniżyć głos, zadać pytanie, cokolwiek. Byle się nie zatrzymać. Nie teraz, nie kiedy zostało 11 sekund. To wieczność! Stara zasada – mów co widzisz. Ale widzę kubek. Gapię się w kawę na dnie. Może zaraz zrobię sobie nową…?
Mam! Skomentuje coś. SMS od słuchacza, mail, telefon, cokolwiek. Ale który? O Boże, nie, źle! Nie zdążę przecież niczego już przeczytać. 10 sekund…
“A co to kurwa!” – jak śpiewał Kaliber – dlaczego niby mam znosić takie męki. Czy ja nie mam prawa do tego, żeby mieć 10 sekund oddechu? Może chcę sobie pomyśleć o tej kawie, o tym, że mogłem wlać więcej mleka… Mleko, krowa… Może tutaj coś…? Nieeee. Kolejna ślepa uliczka. Co ja niby powiem teraz o krowie? I dlaczego niby? Święta krowa. Gapi się tymi wielkimi, krowimi oczyma i żuje. One zawsze coś żują! Głupie krowy. Z krowiastymi gałami gapiącymi się bezdennym błękitem. Swoją drogą ładne mają te oczy.
9? Nosz kurde! Krowy zeżarły mi sekundę. Wiedziałem! Ładne oczy… Piękne! Teraz będą żuć tę cholerną sekundę. Moją! Ukradzioną! Albo i drugą! Bo przecież już widzę jak te zdradzieckie mikrożaróweczki za mgnienie kosmicznej materii pozapalaja się i pogasną sprytnie tak, że ja na wyświetlaczu zobaczę “08″ – jak wyrok. Jak ostatnie 100 kroków skazańca. “Dead Man Walking!” – słyszycie to? A na końcu korytarza stryczek i zapadka. I Bjork śpiewająca tak przejmująco. Jeeeezuniu! Jak ona pięknie śpiewa tę ostatnia piosenkę przed egzekucją. To naprawdę dobry film.
7… Od dwóch sekund niczego nie powiedziałem. Za chwilę facet po drugiej stronie szyby oderwie wzrok od suwaczków, przestanie żuć (jak krowa!) batona i z cholernym zdziwieniem odmalowanym na swojej cholernie zblazowanej twarzy popatrzy na mnie cholernie sennym wzrokiem, który to wzrok cholernie szybko zacznie przeradzać się najpierw w cholerne pytanie a potem pewnie w cholerną panikę. A wszystko to w ciągu cholernie krótkiego mgnienia kosmicznej materii.
O właśnie… Już widzę jak gęstnieje powietrze nad jego głową a rozrzedza się pod brodą. Taaaak! Zaczyna ruch wznoszący. Atomy azotu, tlenu i innych gazów właśnie przesuwają się robiąc miejsce tym z jego włosów. Przesuwa się gigantyczna maszyna fizycznej niemożliwości. Podnosi głowę, podnosi powieki, mózg już rozesłał stosowne rozkazy do mięśni twarzy – róbcie zdziwienie! Róbcie zdziwienie! Brwi w górę! W góóóóóórrrrrręęęęę!
5… A co mi tam. Katastrofa już i tak jest nieunikniona. No przecież teraz nawet gdybym zaczął coś mówić nie zdążę wyjaśnić tej przepaści, tej mega przestrzeni bezsłownej, tej pustki, którą skaziłem moje radio, mojego chlebodawcę, moją trampolinę do kariery. Zabrudziłem eter własną nieporadnością. Zdradziłem! Bezsłowiem spoliczkowałem właścicieli, generałów, dyrektorów i wszystkich nade mną. Pode mną zresztą też. Zmiąłem, pogryzłem, obśliniłem i wyplułem do klozetu całą misternie tkaną wizję tego radia. Pokazałem oburęczną faktorię wszystkim młodym słuchaczom i słuchaczkom, wszystkim przygodnym odbiorcom, którzy nastawiając swoje odbiorniki na naszą częstotliwość, nastawiają siebie samych na zalew słowa, na zagłuszenie myśli, na potyczkę chaosu z hałasem. Roześmiałem się im w twarz. Zawiodłem!
Na nic mój gardłowy baryton, którym wzbudzam skórę gęsi na kobiecych przedramionach. Na nic moja błyskotliwa elokwencja, która potrafi funkcjonować bez żadnych połączeń ze stanem umysłu, fruwać, pływać, latać gdzieś około głowy, od czasu do czasu tylko zaglądając do moich myśli na krótkie konsultacje. Mam taki zewnętrzny, dedykowany procesor do układania zdań i formułowania wypowiedzi.
Ale teraz się zepsuł chyba. Zepsuł się. Spalił, zawiesił, nie wiem.

3… Kiedy on zdążył podnieść te ręce? Facet za szybą. Coś do mnie krzyczy? Ręce ma w górze. Panika w oczach. Mów coś! Mów! Móóóóówwww!

 

“Taaaa… Zamyśliłem się. Pora na krótką przerwę reklamową. Wracam za kilka mgnień wiosny, za świstnięcie wzgórzowego wichru, za kłapnięcie krowiej szczęki i mrugnięcie jej nad-błękitnej powieki.

Pozostańcie z nami!”

 


Liścia przygoda.

2009/11/12

Dorósł liść do wieku buntu. Fryzurę upstrzył na kolorowo i zatęsknił za wolnością i przygodą, znudzony ciągłym bujaniem się i jednostajnością zieleni.
Dał się liść namówić na wyprawę. Namówić dał się innym zbuntowanym liściom.
Zerwał się zatem radośnie i pofrunął w blasku słońca zabierając się na stopa z ostatnimi ciepłymi podwiewami wiatru. Oglądał z góry rzeczy, o których dotąd słyszał tylko, ale zobaczyć ich nigdy wcześniej nie miał okazji.
Bywały w jego wyprawie chwile trudne i nieprzyjemne. A to deszczem skropiony w błoto upadł i myślał, że już po nim. A to go ogrodnik jakiś nieuważny grabiami pokaleczył. A to o mały włos na stos płonący się nie dostał. W końcu jednak przykleił się sprytnie do plandeki jakiejś ciężarówki i popędził dalej w świat.
Wylądował liść zimnego dnia na parapecie domu, za którego oknem dziecko w cieple odrabiało lekcje. Zastukał nieśmiało w szybę ogonkiem, ale wnet zdał sobie sprawę, że daremny to trud.
No – pomyślał – tom doleciał do swojego miejsca. Pora z ziemią się pogodzić, trawnik użyźnić i cieszyć się, że choć z dala od mojego Drzewa, choć tyle niemiłych chwil za mną po drodze to jednak szczęśliwym jestem liściem, bom w swoim liścim życiu zaznał przygód i widoków i uczuć i momentów, o których się liścim filozofom nie śniło.
Pomyślał to sobie liść na dobranoc, uśmiechnął się do siebie w duchu i sfrunął by zasnąć na trawniku.
Następnego dnia dziecko znalazło przed swym domem bardzo dziwny, inny od wszystkich dokoła i bardziej od innych kolorowy liść. Wzięło go delikatnie do domu, zasuszyło i udekorowało nim najważniejszą stronę w swoim zeszycie o jesieni.
Nie rozumiało owo dziecko oczywiście liściego języka. Gdyby go jednak rozumiało, słyszałoby jak co wieczór ów liść opowiada zasuszonym towarzyszom z sąsiednich stron zeszytu swoje przygody, a opowieść kończy zawsze tak samo: radosną, liścią piosenką o dziecku, które podarowało mu nieśmiertelność.


Przekonano mnie. Wypada zatem uzupełnić.

2009/11/10

Mikroblogowy temat mnie nie chce opuścić. Właściwie to dobrze, bo znaczy to, że wart jest uwagi. Wypada poza tym prostować własne konkluzje (nawet z radością) kiedy trafiają do głowy argumenty rozsądne. Przyznaję zatem, że przemyślałem sobie owe argumenty i stwierdzam co następuje:

- mikroblogi służą z założenia do krótkich w formie informacji o stanie/aktywności piszącego.
Choć prawdą jest, że często za ów stan czy aktywność piszący uznaje wymianę zdań z innymi piszącymi. Wina to jednak piszących, nie mikroblogów. Racja.

- mikroblogi nie są narzędziem komunikacji, ale dają taką funkcjonalność, poniekąd jako formę komentarza.
Choć prawdą jest, że możliwość ta przez niektórych używana jest jako zamiennik komunikatorów, często wręcz puliptowo-odnośnikowo, co znakomicie zaciemnia. Wina to jednak ciągoty do gadulstwa publicznego, nie mikroblogów. Racja.

- mikroblogi służą za multimedialną tablicę ogłoszeń, na której dzielisz się z innymi linkiem do ciekawej galerii, muzyki czy strony.
Choć prawdą jest, że często traktowane są jak galeria, szafa grająca lub newsroom. Wina to jednak ponownie nadmiernej czasem a czasem nachalnej ekspresji piszących, nie mikroblogów. Racja.

Po trzykroć zatem racja.

Z czystym sumieniem teraz już stwierdzić mogę, że w tym świetle nawet tak zrzędliwy sceptyk jak ja może poczuć się targetem jeśli tylko nie zapomni do czego mikroblog naprawdę służy a czego się po nim spodziewać na pewno nie można. I jeśli pogodzi się z faktem (tu zdania nie zmieniłem), że informacyjna sieczkarnia-galopka wkracza wszędzie i nie da się jej uniknąć, trzeba tylko umieć się jej przeciwstawić.
Innymi słowy – świętej wojny nie będzie a kiedy od zgiełku odsapnę i nastrój stosowny powezmę możliwe, że znów się z mikroideą przeproszę. Póki co jednak – przy całej, niekłamanej wdzięczności i szacunku dla przekonujących – pozostanę przy większych wersjach.


Dlaczego nie mikroblog.

2009/11/10

Na początek założenie jedno, ważne, które odpowiednio mocno musi zostać podkreślone: nie jestem nawet w ułamku przeciwnikiem mikroblogów!

Dlaczego zatem w moim przypadku się nie sprawdziły?

Ano przede wszystkim  dlatego, że jestem wielkim wrogiem sztucznego pośpiechu i niedbałości komunikacyjnej. Zalewu bannerów, dżingli, migawek, skrótów od skrótów, nagłówków (tych bez treści) i ulotkowania ecyklopedycznego.
Tak – tego byłem, jestem i pozostanę wrogiem. I będę przed tym uciekał póki mogę.
Nie zaakceptuję galopującego spłycania informacji, propagowania nierzetelności przekazu i nieuzasadnionej telegraficzności. Nie umiem przeliczać “czasu antenowego” i nie chcę się tego uczyć. Lubię oglądać filmy zamiast ich “teaserów”, słuchać muzyki do ostatniej nuty, czytać książki a nie ich streszczenia, oglądać mecze a nie skróty.
Są dziedziny, w których informacja musi być przekazywana szybko, ale nawet tam zawsze ważniejsza pozostanie treść. ZAWSZE! Nawet najszybciej przekazany skrót pozostanie skrótem tylko. Często przy tym przekłamanym i zmanipulowanym.  Tego nie lubię i nie chcę. Bez dbałości o rzetelność nie będzie w końcu co skracać.

Podkreślę ponownie – wcale nie uważam, że mikroblogi same w sobie takie są. Z całą pewnością też nie uważam, że z myślą o tym zostały stworzone.
Jednak mimowolnie zarażają swoich użytkowników (a przynajmniej niektórych z nich) ową ideą informacyjnej sieczkarni-galopki.

Nie jestem targetem – jak to zmyślnie określa nomowowa marketingowa. Nie mam też tyle czasu, żeby cały czas śledzić co się dzieje np. na blipowym kokpicie. Im więcej ludzi chciałbym obserwować tym większy stworzy się chaos. Jeśli coś przeoczę, stracę godziny na przeszukiwaniu archiwum. Przerzuciłem się zatem na jabbera. Ten jednak co i rusz alarmuje mnie i moje mozolnie konstruowane skupienie, żeby poinformować mnie np. o wpisie, który właśnie cytuje inny wpis, który właśnie cytuje inny a ten jeszcze inny, który brzmi mniej więcej tak: “[blip] To po co tam poszliście?” – i mimo woli biorę udział w rozmowie, którą nie jestem zainteresowany.

Zapytałem więc sam siebie – dlaczego nie RSS? Nagłówki mi nie uciekają, poza tym przede wszystkim są! Dzięki nim jednym rzutem oka mogę stwierdzić czy chcę przyjąć tę porcję informacji czy nie. Pod nimi też zazwyczaj kryje się prawdziwa treść, nie taka, która musiała się zmieścić w 160-ciu znakach… i olać interpunkcję.

Nie jestem targetem.  Bo kiedy chcę komuś zostawić informację to wolę mieć pewność, że ją przeczyta i nie przeoczy w natłoku gastrofaz i innych spamo-floodo-foto-serii. Adresat, jeśli jest mikroblogerem (!) to z całą pewnością używa też jakiegoś komunikatora, e-maila, że o telefonie nie wspomnę. Informacja tam dotrze i grzecznie poczeka na przeczytanie. Nie da się zepchnąć w historię.
Oczywiście nie uzyskam efektu przekazu międzywierszowego, skierowanego do innych obserwujących. Ale wydaje się, że wyrosłem z takiej potrzeby – dlatego znów zamantruję: nie jestem targetem.
Trzymając się jeszcze przez chwilę wątku komunikacyjnego wypada wspomnieć o jednej jeszcze rzeczy. Otóż uwielbiam ludzi, którzy opanowali trudną sztukę władania krótką formą. Jak to jednak z trudnymi sztukami bywa, kiedy się ich nie opanuje dostatecznie dobrze a próbuje nimi władać – efekt zazwyczaj jest żałosny. Tym bardziej, gdy – o dziwo – wartością przestaje być jakość a zaczyna być ilość.

Reasumując:
Jeśli mikroblog to prawie komunikator – wolę komunikator. Jeśli prawie blog – wolę blog. Jeśli prawie RSS – wolę RSS. Jeśli prawie elitarna społecznościówka – nie aspiruję.
Jedno jest pewne – jest tam cała masa wspaniałych, wartościowych ludzi. Sukcesywnie jednak zalewana masą pozostałą… oczywiście szybko i w skrócie.

Ot i cała prawda o moim z ideą mikro rozstaniu.

 


Grypo, grypuniu, grypico.

2009/11/09

Kicham, nosem grać zaczynam. Grypa?
Daj Boże, żeby ta modna! Mając AH1N1 wzrasta mi znacząco (przynajmniej statystycznie rzecz ujmując) szansa na przeżycie, na dobrą opiekę medyczną a i możliwość zaistnienia w mediach wielce jest prawdopodobna.


Wymikroblogiłem się

2009/11/09

Bo tak naprawdę wyjątkowo nie lubię nazbyt sztywnych ograniczeń. I nazbyt sztywnych sztywności. I nazbyt nazbytnych nazbytców. I w ogóle.
Odetchłem pełnom piersiom.


Konklużyn

2009/10/06

Oczywiście, że byłem przeciwnikiem pospolitego ruszenia w dziedzinie blog-owości ogólnonarodowej. Dla ścisłości – przeciwnikiem tylko owego pospolitego hurrra-ruszenia, nie samej idei bloga, bo ta jest świetna. Oczywiście, że pomimo chęci wypowiedzenia się od czasu do czasu “w powietrze”, wzbraniałem się z dołączeniem do grona powszechnie blogujących z czystej, wbudowanej niejako w mój auto-pakiet niechęci do rzeczy zbyt popularnych i zbyt chwilowo oczywistych.
Ponieważ jednak chwila okazała się trwać dłużej a moje czujne oko wyłowiło spośród miliarda śmieci również blogi wartościowe, powiedziałem sobie – czemu nie? Być może znów nie miałem racji (co nie jest taką znów rzadkością – z przykrością stwierdzić muszę) w ocenie tego zjawiska? I tu nastąpiło starcie, a po starciu tytułowa (poniekąd) konkluzja:
Nie tak, nie tak, nie tak. Nie tak to miało być – jak niesie jakaś… no właśnie nie jestem pewien – piosenka?

Mam mimo wszystko opór, żeby napisać to, co rzeczywiście czasem siedzi mi na żołądku. Ktoś jeszcze ma taki objaw może? Czasem zaczynam pisać rzeczy _naprawdę_ od-środkowe po czym… zaznaczam cały wpis i magicznym klawiszem  delete daruję mu bilet do niebytu.
Mam wstręt jakiś do zbyt głęboko posuniętego uzewnętrzniania się. Chyba, że treść owego uzewnętrzniania, generując się zazwyczaj siłą jakiegoś przedziwnego rozpędu nabiera kształtów na tyle abstrakcyjnych, że nie-do-skapowania potwór powstaje i ja – potwora owego ojciec było nie było – pewien jestem, że dziecięciu temu mogę zapewnić pełną anonimowość. Że żadna ziemska istota bez wglądu w mój tok myślowy nie odniesie tego do mojej  prywatności.
No właśnie. Na tym się chyba cała rzecz zasadza – prawdziwa prywatność siedzi w głowie. I nie wiem jeszcze czy kiedykolwiek podaruję jej zupełną swobodę. Póki co nie tylko nie wiem czy potrafię – ja jeszcze nie wiem czy tego chcę.