W drodze do pracy często włączam radio. Czasami jest to jedna z tych radiostacji, na antenie których dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte.
Wyobrażam sobie wtedy radiostan człowieka, który siedząc po tamtej stronie generuje tę eteryczną katastrofę radionadaktywną. Spikera, który jedzie radosny słowotok na granicy bezdechu, byle tylko wystrzelać stosowne śmieszności odpowiednio kul-wesołe, luźne, modne, bluszcz-kotliwe, maskując nieciągłości amerykanizmami, bo wszystko przecież można znieść na antenie, ale nie ciszę na zastanowienie. Ona degraduje, niszczy, zwalnia z pracy, zabiera mikrofon, zdziera słuchawki, odsuwa krzesło i kopie w dupę na progu reżyserki w locie wciskając w rozdziawione z zaskoczenia usta wypowiedzenie i naprędce naszkicowaną wizję końca dziennikarskiej kariery.
Boże, Boże… Jeszcze 13 sekund do dżingli, do reklam! Nie wiem co powiedzieć kiedy skończę to zdanie, które właśnie mówię… W zasadzie co ja mówię? Nie wiem, nie słucham się. Bełkot leci ze mnie jak rzęsisty okres z Python’owskiej pani w restauracji. Wiem, wiem, za chwilę wybrzmi to słowo, którym właśnie kończę mówione zdanie a ja ciągle nie wiem co dalej. Dobrze, że myśli są szybsze od słów. Gdyby kazali mi mówić z prędkością myśli nie miałbym nawet tej przestrzeni, tej swobody, tego zapasu, który mam teraz.
Międzysłowie w głowie.
Co ja robię! Myślę o pierdołach zamiast natychmiast skonstruować nowe zdanie, zacząć, zawiesić, zniżyć głos, zadać pytanie, cokolwiek. Byle się nie zatrzymać. Nie teraz, nie kiedy zostało 11 sekund. To wieczność! Stara zasada – mów co widzisz. Ale widzę kubek. Gapię się w kawę na dnie. Może zaraz zrobię sobie nową…?
Mam! Skomentuje coś. SMS od słuchacza, mail, telefon, cokolwiek. Ale który? O Boże, nie, źle! Nie zdążę przecież niczego już przeczytać. 10 sekund…
“A co to kurwa!” – jak śpiewał Kaliber – dlaczego niby mam znosić takie męki. Czy ja nie mam prawa do tego, żeby mieć 10 sekund oddechu? Może chcę sobie pomyśleć o tej kawie, o tym, że mogłem wlać więcej mleka… Mleko, krowa… Może tutaj coś…? Nieeee. Kolejna ślepa uliczka. Co ja niby powiem teraz o krowie? I dlaczego niby? Święta krowa. Gapi się tymi wielkimi, krowimi oczyma i żuje. One zawsze coś żują! Głupie krowy. Z krowiastymi gałami gapiącymi się bezdennym błękitem. Swoją drogą ładne mają te oczy.
9? Nosz kurde! Krowy zeżarły mi sekundę. Wiedziałem! Ładne oczy… Piękne! Teraz będą żuć tę cholerną sekundę. Moją! Ukradzioną! Albo i drugą! Bo przecież już widzę jak te zdradzieckie mikrożaróweczki za mgnienie kosmicznej materii pozapalaja się i pogasną sprytnie tak, że ja na wyświetlaczu zobaczę “08″ – jak wyrok. Jak ostatnie 100 kroków skazańca. “Dead Man Walking!” – słyszycie to? A na końcu korytarza stryczek i zapadka. I Bjork śpiewająca tak przejmująco. Jeeeezuniu! Jak ona pięknie śpiewa tę ostatnia piosenkę przed egzekucją. To naprawdę dobry film.
7… Od dwóch sekund niczego nie powiedziałem. Za chwilę facet po drugiej stronie szyby oderwie wzrok od suwaczków, przestanie żuć (jak krowa!) batona i z cholernym zdziwieniem odmalowanym na swojej cholernie zblazowanej twarzy popatrzy na mnie cholernie sennym wzrokiem, który to wzrok cholernie szybko zacznie przeradzać się najpierw w cholerne pytanie a potem pewnie w cholerną panikę. A wszystko to w ciągu cholernie krótkiego mgnienia kosmicznej materii.
O właśnie… Już widzę jak gęstnieje powietrze nad jego głową a rozrzedza się pod brodą. Taaaak! Zaczyna ruch wznoszący. Atomy azotu, tlenu i innych gazów właśnie przesuwają się robiąc miejsce tym z jego włosów. Przesuwa się gigantyczna maszyna fizycznej niemożliwości. Podnosi głowę, podnosi powieki, mózg już rozesłał stosowne rozkazy do mięśni twarzy – róbcie zdziwienie! Róbcie zdziwienie! Brwi w górę! W góóóóóórrrrrręęęęę!
5… A co mi tam. Katastrofa już i tak jest nieunikniona. No przecież teraz nawet gdybym zaczął coś mówić nie zdążę wyjaśnić tej przepaści, tej mega przestrzeni bezsłownej, tej pustki, którą skaziłem moje radio, mojego chlebodawcę, moją trampolinę do kariery. Zabrudziłem eter własną nieporadnością. Zdradziłem! Bezsłowiem spoliczkowałem właścicieli, generałów, dyrektorów i wszystkich nade mną. Pode mną zresztą też. Zmiąłem, pogryzłem, obśliniłem i wyplułem do klozetu całą misternie tkaną wizję tego radia. Pokazałem oburęczną faktorię wszystkim młodym słuchaczom i słuchaczkom, wszystkim przygodnym odbiorcom, którzy nastawiając swoje odbiorniki na naszą częstotliwość, nastawiają siebie samych na zalew słowa, na zagłuszenie myśli, na potyczkę chaosu z hałasem. Roześmiałem się im w twarz. Zawiodłem!
Na nic mój gardłowy baryton, którym wzbudzam skórę gęsi na kobiecych przedramionach. Na nic moja błyskotliwa elokwencja, która potrafi funkcjonować bez żadnych połączeń ze stanem umysłu, fruwać, pływać, latać gdzieś około głowy, od czasu do czasu tylko zaglądając do moich myśli na krótkie konsultacje. Mam taki zewnętrzny, dedykowany procesor do układania zdań i formułowania wypowiedzi.
Ale teraz się zepsuł chyba. Zepsuł się. Spalił, zawiesił, nie wiem.
3… Kiedy on zdążył podnieść te ręce? Facet za szybą. Coś do mnie krzyczy? Ręce ma w górze. Panika w oczach. Mów coś! Mów! Móóóóówwww!
“Taaaa… Zamyśliłem się. Pora na krótką przerwę reklamową. Wracam za kilka mgnień wiosny, za świstnięcie wzgórzowego wichru, za kłapnięcie krowiej szczęki i mrugnięcie jej nad-błękitnej powieki.
Pozostańcie z nami!”